poniedziałek, 29 grudnia 2025

Szósta fala czyli lepiej późno niż później czyli powrót do źródeł czyli zwierzenia starego dinozaura czyli frajda z pisania opowiadań.


 
 
Content warning: niniejszy wpis ma w dużej mierze charakter osobisty, wspomnieniowy, konfesyjny, egocentryczny i nieznośnie sentymentalny.
 
 
Obecny rok kończę ostatecznie z 5 opublikowanymi opowiadaniami, co stanowi w moim przypadku absolutny rekord (wiem, wiem daleko mi choćby do takiego Silverberga;) Przy tej okazji postanowiłem pochylić się nad przeszłością i dokonać pewnych osobistych rozliczeń. Otóż, zdałem sobie z niejakim zaskoczeniem sprawę, że przez większość swojego życia w zasadzie nie pisałem opowiadań. W każdym bądź razie – nie w sposób regularny i systematyczny. Co ciekawe, jeśli już mi się to przydarzało, to produkowałem je nagłymi zrywami, falami, pomiędzy którymi następowały nieraz bardzo długie odstępy.
 
A przecież właśnie od opowiadań rozpoczęła się moja przygoda z fantastyką. Od opowiadań, którymi zaczytywałem się w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych polując na „Fantastykę” „Kroki w nieznane” czy „Rakietowe szlaki”. I od pierwszych własnych grafomańskich kawałków, które bazgrałem odręcznie długopisem w zeszytach 32 i 64 kartkowych w kratkę, a później z mozołem przepisywałem na maszynie do pisania należącej do mojej matki.
 
W zeszłym roku, porządkując różne śmieci dogrzebałem się do tych wstydliwych archiwów i ustaliłem, że pierwsza fala mojej obsesji przypadła na lata 1984-1986, kiedy to wyprodukowałem w sumie aż 13 literackich potworków – kompletny zbiór! Przez lata z zażenowaniem ukrywałem je sam przed sobą, aby całkiem nie zwątpić w tą krztę talentu, jaką, jak mi się zdawało, zostałem obdarzony, ale w końcu stwierdziłem, że teraz, na jesieni życia, jestem w stanie śmiać się z nich, bez wielkiego poczucia winy względem nieszczęsnych drzew, które posłużyły do produkcji papieru (w dzisiejszych czasach, trzeba to przyznać, grafomania jest mniej szkodliwa dla środowiska naturalnego). Wśród tekstów tych znalazły się i pseudo-space opery i pseudo-eksploracyjne SF, a nawet opowiadania pseudo-dickowskie. Te jakże oryginalne utwory moje nastoletnie ja opatrywało równie oryginalnymi tytułami typu: „Sygnał z Sol”, „Pojedynek wśród gwiezdnych bezdroży” czy też „Gry podświadomości” (choć w tym ostatnim natrafiłem akurat na zdanko, które mi się autentycznie spodobało: „na środku pokoju pojawił się kapłan Alkomar, przybrawszy swą odświętną konsystencję”). 
 
Druga fala mojej radosnej grafomańskiej działalności nowelistycznej przypadła na lata 1992-1993, kiedy to powstało 6 mniej może wtórnych, ale za to o wiele bardziej pretensjonalnych tekstów z gatunku hm… powiedzmy dark fantasy albo młodzieńczej fantastyki metafizycznej o tytułach w stylu „Powrót czarnoksiężnika” czy „Gasnące światło Pandemonium” (to ostatnie zainspirowane „Rajem utraconym” Miltona).
 
Trzecia fala nastąpiła po krótkiej przerwie w roku 1995, kiedy to nieoczekiwanie dla siebie samego stworzyłem 4 w miarę drukowalne teksty fantasy (z perspektywy czasu fakt ten napawa mnie jeszcze większym zdumieniem niż wówczas). Dwa krótsze zostały opublikowane w „Fenixie”, a na dwa dłuższe miałem nawet w pewnym momencie podpisaną umowę z dużym wydawnictwem (ostatecznie nigdy nie została skonsumowana, ale zatrzymałem zaliczkę w wysokości całych 900 zł). Potem w 1998 i 1999r napisałem jeszcze po tekście w konwencji bardziej zbliżonej do SF (również zostały opublikowane w „Fenixie”). 
 
Wydawało się zatem, że skoro osiągnąłem poziom względnej drukowalności, to pójdę za ciosem. Zwłaszcza, że choć nieodżałowany „Fenix” zakończył działalność w roku 2001, to wkrótce powstało kilka innych pism.
 
Otóż, nic z tych rzeczy. Kolejne opowiadanie wyprodukowałem dopiero w 2011 r, po dwunastoletniej przerwie. Były to „Trzy spotkania Księdza Marka z demonem”, wysłane na konkurs Wydawnictwa Paperback „Science Fiction po Polsku”. Do dziś nie bardzo rozumiem skąd wzięła się ta metafizyczna pauza. Fakt, w tym czasie intensywnie prowadziłem małą firmę, robiłem doktorat, podróżowałem po świecie, zakładałem rodzinę, wreszcie pracowałem nad „CK Monogatari”, ale mimo wszystko…
A potem znów przerwa, tym razem krótsza, bo zaledwie pięcioletnia. W latach 2016-2018 napisałem 5 opowiadań (choć „Dziedzictwo” to właściwie mikropowieść). Nazwijmy to czwartą falą. Dwa ukazały się w „NF”, dwa kolejne w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym”, jedno w „Fantazmatach”. Poza „Dalej niż koniec drogi’ wszystkie te teksty należały jednak do uniwersum „Świata Błękitu”, w ograniczonym stopniu były więc „autonomicznymi” projektami.
 
Kolejna krótka przerwa i w latach 2020-2022 znów wyprodukowałem 3 dłuższe opowiadania czy też nowelki, powiedzmy soft SF (piąta fala?). Potem znów półtoraroczna przerwa i w związku z reanimacją „Rocznika Fantastycznego” postanowiłem napisać nietypowego dla siebie szorciaka – niespełna 20k znaków. Jak się okazało, był to początek szóstej fali. Niespodziewanie największej ze wszystkich.
 
Od grudnia 2022 r. do września 2025 r. wyprodukowałem w sumie 19 bardzo różnych tekstów, najdłuższy liczył sobie 100k, najkrótszy 17k. Czułem się z tym całkiem fajnie, zupełnie jakbym na nowo przeżywał swą naiwną młodzieńczą pasję, tyle że jednak z ciut lepszymi zrozumieniem tego co robię. Jeden z tych tekstów sam w końcu odrzuciłem (wydał mi się zbyt dziwaczny i hermetyczny), ale pozostałe wyszły chyba w miarę ok. Jeden został opublikowany w „Nowej Fantastyce, trzy w kolejnych „Rocznikach Fantastycznych”, dwa w antologiach „Sny umarłych”, po jednym w „Fantazmatach” i „Magazynie Biały Kruk”. Pięć kolejnych zostało przyjętych i cierpliwie czeka na publikację. Pozostała piątka (wraz z trzema nowelkami napisanymi w latach 2020-2022) nadal szuka swojego miejsca w świecie, ale kto wie, może kiedyś je odnajdzie;) Myślę, że szesnastolatek gdzieś w głębi mnie jest nareszcie usatysfakcjonowany. Co istotne, nadal mam sporo pomysłów na opowiadania i przynajmniej z daleka wydają mi się one interesujące. Teraz pozostaje już tylko kwestia czasu, motywacji no i, rzecz jasna, miejsc, gdzie mógłbym je potencjalnie wysłać.
 
Co najważniejsze jednak, zrozumiałem wreszcie w pełni, jak wielką frajdę daje pisanie opowiadań z gatunku szeroko pojętej fantastyki. Opowiadania nie są tak (czasowo, logistycznie i motywacyjnie) wymagającymi projektami jak powieści, ale każde z nich jednak również daje szansę na kreację całkiem osobnego świata. Szansę na testowanie fabuł, postaci i dylematów w bardziej swobodnym, niezobowiązującym trybie. Na kontemplowanie dziwności Wszechświata na dziesiątki rozmaitych sposób. Na bezceremonialne przeskakiwanie z tematu na temat i ze stylu na styl. Albo, dla odmiany, na odgrywanie podobnych tematów na różnych literackich instrumentach. Możemy tu sobie pozwolić na ryzyko, eksperymenty i szaleństwa, bez lęku, że zrobimy coś nie tak i zniszczymy roczny czy dwuletni projekt. Jak już to kiedyś pisałem – w obecnych absurdalnie skomercjalizowanych czasach to właśnie opowiadania, nie powieści, często stanowią ostatni bastion autorskiej autonomii.
 
Nie znaczy to, że nie doceniam zalet powieści (mam zresztą nadzieję, że niejedną jeszcze napiszę). Ale wydaje mi się, że właśnie czytanie i pisanie opowiadań w najbardziej spektakularny, bezpośredni i namacalny sposób pozwala doświadczyć całego bogactwa fantastyki: uzmysłowić sobie w pełni jak gigantyczny potencjał oferuje ona zarówno czytelnikom jak i autorom. Poczuć tę wolność. Z dziecięcą fascynacją, szybciej niż światło przemieszczać się pomiędzy tysiącami odmiennych, fascynujących światów.
 
Szczęśliwego Nowego Roku i do zobaczenia wkrótce!

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Implozja

 „Implozja” to ostatnie z pięciu opowiadań jakie udało mi się opublikować w 2025r. i zarazem mój debiut w „

 Cóż, gdyby jeszcze rok temu ktoś nakazał mi spisać listę rzeczy, o których raczej nigdy nie napiszę, to bez wątpienia zarówno dinozaury jak i podróże w czasie zajęły by na niej wysokie pozycje. Nie dlatego, że uważam te motywy za mało interesujące, wręcz przeciwnie, ale dlatego że, moim zdaniem, zostały już one wystarczająco wyeksploatowane przez Autorów znacznie zdolniejszych ode mnie, i że nie miałbym tu nic ciekawego do dodania (na przykład moją ulubioną opowieścią o podróżach w czasie jest chyba „Palimpsest” Charlesa Strossa, będący z kolei pewnego rodzaju przeróbką „Końca wieczności” Isaaca Asimova).
 
A jednak… Nieco wcześniej tego roku odświeżyłem sobie uroczą ramotkę Roberta F. Younga „Kiedy czas był młody”, potem zaś przeczytałem „Bones of the Earth” Michaela Swanwicka (niestety, nie doczekało się chyba polskiego wydania). Zainspirował mnie zwłaszcza Swanwick, który pod pretekstem opowieści o podróżach w czasie i dinozaurach, snuje szerszą refleksję na temat nauki i historii. Zdałem sobie sprawę, że można pójść podobnym tropem i postanowiłem wyprodukować opowiadanie o naturze ludzkiej, ekologii i fatalizmie dziejów. Takim fatalizmie w skali makro. Tak czy inaczej, skoro tylko w mej mózgownicy pojawiła się nazwa „Greenwar”, wiedziałem, że muszę dokończyć ten projekt;)
 
Cóż, sami ocenicie, jak wyszło. Serdecznie zapraszam do lektury „Implozji” oraz pozostałych tekstów z numeru 32 „Magazynu Biały Kruk.
 

P.S. Serdeczne podziękowania dla całego zespołu redakcyjnego ze szczególnym uwzględnieniem Anety Stawiszyńskiej-Marciniak.

piątek, 19 grudnia 2025

Lepszy świat

 

Niby miałem zaczekać z tym wpisem, dopóki „Sny Umarłych 2025” nie znajdą się fizycznie w moich łapskach, ale doszedłem do wniosku, że skoro w sumie nie wiem, kiedy to dokładnie nastąpi, a książka jest już od jakiegoś czasu w przedsprzedaży, zaś na dodatek rok też się jakby kończy, to w sumie nie ma na co dłużej czekać;)
 
Zanim jednak zaczniemy:
o swoim spojrzeniu na Weird i o cyklicznej antologii Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction pisałem tutaj.
 
…natomiast o moim opowiadaniu „Fragmenty”, opublikowanym w zeszłorocznej antologii „Sny Umarłych 2024” przeczytacie tutaj.
 
Teraz pora zatem na kilka słów o „Lepszym świecie”.
Choć na pierwszy rzut oka obu moich „weirdowych” opowiadań nie łączy wiele (poza rzecz jasna weirdową stylistyką), to ja sam lubię o nich myśleć jako o pewnego rodzaju „dylogii”. W istocie, kluczowa dla „Lepszego świata” koncepcja („trans”) a także (bardzo zamglone) zalążki postaci, która przekształciła się ostatecznie w Maję, gdzieś mi tam mignęły z tyłu czaszki już podczas wymyślania „Fragmentów” – można nawet powiedzieć, że stanowiły coś w rodzaju porzuconego tropu. Ostatecznie podjąłem go na nowo niecały rok później.
 
Protagonista „Lepszego świata”, Łukasz, jest też w moich oczach troszeczkę kontynuacją Roberta Kleina – może nie dorosłego analityka, który tak bezwzględnie przesłuchiwał nieszczęsnego Loendla czy wdawał się w wyrafinowane dysputy z kardynałem Moravią, ale zbuntowanego, rozdzieranego emocjami dwunastolatka z otwierającej sceny, który uciekał na plażę, aby kontemplować dziwność świata…
 
Myślę, że często mi się to zdarza jako autorowi: choć poszczególne teksty niby nie wiążą się ze sobą fabularnie, to coś jednak powraca i jest kontynuowane: niezwerbalizowana do końca myśl; podskórna melodia; mglista, skryta emocja; odległy refren… Taka jest chyba właśnie wizja literatury, jaką chciałbym tworzyć;)
 
Nie będę rozstrzygał, które z tych opowiadań jest lepsze – pomijając, że takie rozważania/porównania są bezsensowne bo/i wszystko zależy od przyjętego punktu widzenia. Prywatnie muszę jednak wyznać, że chyba lubię „Lepszy świat” bardziej niż „Fragmenty”. Dlaczego? Po pierwsze tekst ten – choć bardziej kameralny – wydaje mi się ciekawszy literacko, bardziej złożony, zapętlony fabularnie (i, co tu dużo ukrywać, miałem przy jego pisaniu większą frajdę). Po drugie, konflikt we wnętrzu protagonisty wydaje mi się bardziej emocjonalny, „soczysty”.
Tak, czy owak, mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zapraszam do lektury „Lepszego świata” i wszystkich pozostałych opowiadań z antologii.
 
Do zakupienia na stronie Wydawnictwo IX:

wtorek, 25 listopada 2025

"Inferno" - antologia "O podbojach sfer niebieskich"

Warto było czekać! Piękna okładka autorstwa Mariusza Ferenca (autorką grafiki promocyjnej jest z kolei Wiktoria Makowska). Już ostrzę sobie zęby na limitowaną wersję papierową.

Serdeczne podziękowania dla całej ekipy Fantazmatów, przede wszystkim zaś mojej wspaniałej fantazmatowej redaktorki – Anety Stawiszyńskiej- Marciniak. Pozdrowienia i gratulacje dla pozostałych Autorów i Autorek – Marek Kolenda – znowu razem! Zaraz z ekscytacją zasiadam do lektury antologii;)

Moje „Inferno” ją zamyka. Ze wszystkich opowiadań opublikowanych przeze mnie w ostatnich latach to jest chyba najbardziej – jeśli ośmielę się tak to nazwać – „laisenowskie”, czyli powracam tutaj do „korzeni” i tego co było znakiem firmowym moich tekstów publikowanych przed laty w „Fenixie”. Jak każdy (chyba) autor bywam egotyczny i lubię czytać wzmianki (zwłaszcza pozytywne;)) na swój temat. Kiedyś na profilu Genius Creations przy okazji publikacji antologii tegoż wydawnictwa scharakteryzowano mój styl mniej więcej następująco: „Jeśli istnieje prosta droga wiodąca z punktu A do punktu B, to możecie być pewni, że nasz znajomy autor uczyni wszystko, by nią nie podążyć”. 

„Inferno” to właśnie jeden z takich tekstów. Mamy więc dwie równoległe (i na pozór nie związane ze sobą) narracje, zaburzoną chronologię i kilka dziwnych pomysłów rodem z fizyki kwantowej. Czyli takie soft-quantum-philosophical-SF. Mam nadzieję, że dacie mu szansę i dotrwacie wraz z Mardu i Secograthem aż do samego końca;) 

Jest to także opowieść o wojnie toczącej się za naszą wschodnią granicą. Muszę wyznać, że kiedy – już ponad dwa i pół roku temu – pisałem to opowiadanie, moje nastroje były mimo wszystko nieco bardziej optymistyczne. Mam wrażenie, że od tego czasu Inferno jeszcze bardziej stało się Infernem zaś nieliczne envaiony – kwanty sensu, jakie zaplątały się do naszej rzeczywistości powróciły już dawno do swego macierzystego wszechświata.

Trzymam za ciebie kciuki, Secograthie z gniazda Leh i za wszystkich tych, którzy walczą wraz z Tobą.

P. S. „Inferno” jest też pierwszym z luźnej trylogii tekstów powiązanych co prawda nie tyle fabularnie czy ontologicznie co raczej tematycznie. Mam nadzieję, że „Purgatorio” i „Paradiso” też doczekają się publikacji.

 

Link do antologii: O Podbojach Sfer Niebieskich


sobota, 11 października 2025

Weird Fiction

 



Zapowiada się jak zwykle super ciekawie (nie, nie mówią to tylko dlatego, że też się tam znalazłem, choć pewnie, że się z tego cieszę jak cholera;). Przy tej okazji pokuszę się o garść refleksji – nie tyle może o samej Weird Fiction, bo nie mam przecież o niej wielkiego pojęcia, co raczej o moich doświadczeniach z Weirdem jako czytelnik i – o dziwo – autor. Przede wszystkim zaś spróbuję wyjaśnić sobie samemu, dlaczego cykliczna antologia „Sny Umarłych” stała się jedną z moich ulubionych jeśli nie najbardziej ulubioną polską antologią fantastyczną lat ostatnich.

Pierwszym rocznikiem antologii po który sięgnąłem były dopiero „Sny Umarłych 2023” z historią jako motywem przewodnim (myślę, że nowa formuła „tematyczna”, którą Wojciech Gunia wprowadził właśnie przy okazji tej edycji była strzałem w dziesiątkę; więcej pisze o tym sam Wojtek we wstępie „Dziwność dziejów”). Wcześniej na fakt istnienia Weirdu jako osobnej klasy tekstów nie zwracałem większej uwagi (zapewne niesłusznie podświadomie zakładając, że jest to jakiś tam wariant nieznoszonego przeze mnie horroru). Owszem, byłem już po lekturze „Nie ma wędrowca” i „Domu wszystkich snów”, no ale wtedy czytałem po prostu Wojtka Gunię a nie jakiś tam Weird (gdyby ktoś obudził mnie wówczas w środku nocy i znienacka zapytał „jaką prozę właściwie pisze Wojciech Gunia” wykrztusiłbym pewnie z siebie „współczesną fantastykę neokafkowską”, czy coś w tym guście). Do lektury „Snów” zachęciła mnie zatem właśnie owa historia (oho! – pomyślałem – może to jednak coś poważnego?) no i spis autorów, wśród których znalazły się nazwiska, których się raczej tam ujrzeć nie spodziewałem (choćby Krzysztof Rewiuk).

Lektura zdecydowanie mnie nie rozczarowała, choć na pewno zaskoczyła – przeczytałem bowiem teksty o bardzo szerokim spektrum stylistycznym i – co ciekawe – w mojej ocenie jednak dość odległe od własnej twórczości Wojtka. Niewątpliwą cechą wspólną był jednak wysoki poziom literacki.
W kolejnym roku sam odważyłem się wystartować w naborze, znów zachęcony tematyką, no bo do science fiction to jednak aspirowałem od zawsze (no dobra, od dwunastego roku życia). Zaciekawiły mnie również kierunki nakreślone przez Ojca Dyrektora: "Solaris", "Śledztwo", "Ślepowidzenie", "Unicestwienie", "Piknik na skraju drogi", "Lód". Dla mnie wszystkie te teksty były po prostu częścią szeroko pojętej konwencji gatunkowej SF.

I tu zbliżam się do najważniejszego choć dość oczywistego spostrzeżenia: współczesna ambitna, „egzystencjalna” SF oraz Weird zachodzą na siebie w bardzo znaczącym stopniu. Czyż nie są w duchu Weirdowe mroczne opowiadania Janusza Cyrana czy Cezarego Zbierzchowskiego? Albo wiele spośród krótszych tekstów Marcina Podlewskiego? Czyż nie pulsują ontologicznym i epistemologicznym lękiem „Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvary’ego? A czyż cała ta metafizyczna groza nie zaczyna się gdzieś od Philipa K. Dicka?

Czy ta zbieżna ewolucja nie jest też w znacznym stopniu rezultatem najnowszych osiągnięć nauki – przede wszystkim fizyki kwantowej, kosmologii i neuronauk – które pokazują nam, że rzeczywistość w samej swej istocie jest zadziwiającym i zupełnie nieintuicyjnym miejscem, w którym poczucie grozy i niesamowitości jest jak najbardziej naturalną reakcją?
A z zupełnie innej strony – czy obu tych nurtów ( Weirdu i „egzystencjalnej” SF) nie upodabniają też ambicje stricte literackie i artystyczne, skłonność do eksperymentów formalnych i językowych, niekoniecznie typowa dla różnych przodków w ewolucji literackiej – czy to SF „Złotego Wieku” czy to „konwencjonalnego” horroru? I znów – ewolucja konwergentna.

Tak czy owak, „Sny Umarłych 2024” szybką stały się moją ulubioną polską antologią ostatnich lat (nie, nie dlatego, że znalazło się tam również moje opowiadanie, choć oczywiście, jestem dumny jak cholera, że się tam znalazło). Co ujmuje mnie w niej najbardziej, oprócz, rzecz jasna, rozkosznego egzystencjonalnego niepokoju, wibrującego na kilkunastu bardzo różnych literackich częstotliwościach? Znów – podobnie jak w przypadku poprzedniej edycji – wysoki poziom artystyczny. Świadomość wszystkich biorących w projekcie Autorek/Autorów, że forma i treść stanowią pewną nierozerwalną jedność.

Taką właśnie fantastykę lubię, niezależnie do tego czy opatrzymy ją etykietą „Weird” czy „SF”. Jestem pewien, że „Sny Umarłych 2025” także pod tym względem (ani żadnym innym) nie rozczarują.
Tak więc, choć pewnie nigdy nie stanę się fanatykiem czy choćby monotematycznym pasjonatem Weirdu, akrobatycznie rozciągnięty na swoim własnym – dość chyba szerokim – literackim spektrum, to jednak muszę przyznać przed samym sobą, że Weird i ja (i jako czytelnik i jako piszący) jednak troszkę na siebie zachodzimy.

I na koniec moja czysto osobista refleksja jako podrzędnego autorzyny. Wysyłając tekst do „Snów Umarłych” mam, tak jak każdy inny Autor/Autorka (niezależnie od swej rangi), świadomość, że może on zostać odrzucony. Bo Oceniający uzna go po prostu za słaby, bo inne teksty okażą się lepsze, bo lepiej podpasują do ogólnej koncepcji (w końcu antologia – o czym niekiedy się zapomina – to także pewna całościowa kompozycja!). To absolutnie normalne i myślę, że akceptuje to każdy Piszący, który stara się zachować jakiś tam dystans do własnych wypocin. Ale, z drugiej strony, wysyłając tekst do „Snów Umarłych” wiem też, że mój tekst nie zostanie odrzucony dlatego, że Oceniający nie ogarnie, o co w nim naprawdę chodzi, albo dlatego, że zirytują Go jakieś formalne, jakby to ujęli niektórzy, „udziwnienia”. Mogę tu sobie spokojnie poeksperymentować, nawet jeśli eksperyment (co jest wszak wpisane w samą naturę eksperymentów) miałby się niekiedy okazać nieudany. To naprawdę ogromna frajda;)

poniedziałek, 22 września 2025

"Fikcja" - Rocznik fantastyczny 2025

 

Na zeszłotygodniowych Bachanaliach premierę miała czwarta już odsłona świetnej inicjatywy Bartka Biedrzyckiego czyli "Rocznik Fantastyczny 2025". Dzisiaj dostałem swój egzemplarz autorski. Na żywo prezentuje się równie dobrze jak na fotce. Powiedziałbym nawet, że prezentuje się najlepiej z dotychczasowych roczników – na okładce oldskulowa realistyczna ilustracja  autorstwa Błażeja Kurowskiego, która fajnie zachodzi na grzbiet. A sam grzbiet przyjemnie grubiutki, no bo w środku aż 286 stron. A wszystko to za jedynie 25 zeta!

Wśród wielu interesujących tekstów odnajdziecie tu i moje opowiadanko "Fikcja". To, jak już pisałem wcześniej, w pewnym sensie siostra-bliźniaczka „Synchronizacji”, która ukazała się w marcowej Nowej Fantastyce". Podobnie jak ona ukazuje dystopijny świat (może nawet wcześniejszą wersją tego samego świata? – a może zresztą już za rok, dwa będzie to nasz własny świat – patrząc na współczesny rybek wydawniczy wiele już chyba nie brakuje?) i zanurzonego w nim protagonistę – funkcjonariusza Systemu, który rozumie mniej niż czytelnik (czy rzeczywiście?).

Jako ciekawostkę dodam, że "Fikcja" jest  jedynym spośród moich utworów, który wprost opowiada o hm... tworzeniu fikcji. A uważny czytelnik być może odnajdzie w nim pewien szczególny smaczek;) 


"Rocznik Fantastyczny 2025" (a także przy odrobinie szczęścia poprzednie edycje) nabędziecie w sklepie Wydawnictwa IX:

Rocznik Fantastyczny 2025

sobota, 21 czerwca 2025

On, ona i wieloryb czyli freudowski kapitan Ahab w kosmosie czyli cudowna dziwaczność opowieści. Nierecenzja: Robert F. Young, „Starfinder”, Pocket Books 1980.

 


Zaczniemy od „Moby Dicka”. To zrozumiałe samo przez się, zważywszy, że wieloryb również odgrywa kluczową rolę w omawianej przeze mnie powieści, zaś jej protagonista jest przynajmniej równie szalony co kapitan Ahab. Ale chodzi i o coś jeszcze.

 Prawie wszyscy znają tytuł legendarnej powieści Hermana Melvilla, ale mało kto w istocie ją przeczytał. Prawdopodobnie ci, którzy o niej słyszeli, ale którym nigdy nie przyszło do głowy po nią sięgnąć, zakładają, że jest ona czymś w rodzaju „Ulyssesa” Jamesa Joyce’a (osobiście serdecznie nie znoszę), a więc tekstem świadomie hiper-eksperymentalnym, pełnym intertekstualnych aluzji, strukturalnych zagadek oraz piętrowych metafor a także totalnie przeintelektualizowanym. Innymi słowy, stworzonym specjalnie po to, aby akademiccy literaturoznawcy mieli frajdę, zgłębiając kolejne literackie szyfry, pisali o nim doktoraty i gnębili przy jego pomocy studentów.

Pewnie jest to jakaś część prawdy, ale tylko część. Prawdziwy problem leży tutaj gdzie indziej. Stykając się z „Moby Dickiem” po raz pierwszy, nieuprzedzony i niesformatowany  przez krytykę czytelnik tak naprawdę aż do samego końca nie wie, z czym przyszło mu się zmierzyć. Czy to powieść przygodowa? Jeśli tak to chyba nieudana? Czy również nieudana, nadmiernie zagmatwana powieść filozoficzna? Egzystencjalna? Psychologiczna? Quasi-Conradowski moralitet? Powieść Symboliczna  – ok – może i tak, ale, cholera, jakieś nieczytelne te symbole? Oj, chyba coś tu nie pykło. Czegokolwiek próbował dokonać Autor, nie za bardzo mu to wyszło.

Tak właśnie odebrała „Moby Dicka” współczesna Melvillowi publiczność literacka; można chyba nawet uznać, iż powieść ta zrujnowała jego nieźle zapowiadającą się karierę. „Moby Dicka” dopiero po I wojnie światowej niespodziewanie odgrzebali Nowi Krytycy (nazwa ruchu teoretycznoliterackiego, który wprowadził profesjonalną interpretację tekstów do literaturoznawstwa amerykańskiego). Łatwo sobie wyobrazić, że równie dobrze mógł się nigdy nie przebić do szerszej czytelniczej świadomości.

 Ścieżka jaką powieść „Starfinder” Roberta F. Younga z kolei przebiła się do mojej świadomości była równie długa i kręta. Dawno, dawno temu, jeszcze jako nastolatek, natrafiłem w „Nowej Fantastyce” (12/1984) na opowiadanie „Kiedy czas był młody” bliżej nieznanego mi autora. Zapamiętałem je jako sympatyczne, przygodowe czytadełko o podróżach w czasie i dinozaurach, z zaskakującą (w oczach 15 latka, którym wówczas byłem) puentą. Jakiś czas temu, przeglądając na fali dziaderskiej nostalgii starożytne numery „NF” znów odnalazłem ten tekst i powtórnie go przeczytałem. Co ciekawe, nadal mi się podobał (choć muszę przyznać że, ze współczesnego punktu widzenia, wątek dwunastoletniej dziewczynki zakochującej się w dorosłym mężczyźnie wydaje się przynajmniej hm… dziwaczny?).* Cóż, najwyraźniej pozostałem w głębi duszy naiwnym, sentymentalnym nastolatkiem.

Tym razem jednak zainteresowałem się również i samym autorem, w dalszym ciągu kompletnie mi nieznanym. W Stanach, okazuje się, Young również nigdy nie był szczególnie popularny, choć w latach 50tych i 60tych xx w. regularnie publikował opowiadania w rozmaitych czasopismach fantastycznych. Zainteresowało mnie jednak, iż internetowa „The Enyclopedia of Science Fiction” napisała, że jego najlepsze teksty posiadają „emocjonalną siłę Bradbury’ego czy Sturgeona”. Zaopatrzyłem się zatem na początek w zbiór opowiadań „The Worlds of Robert F. Young” (dostępny na amazon.pl).

Obiektywnie rzecz biorąc to dość nierówny i niejednorodny zbiorek, ale – moim zdaniem przynajmniej – paradoksalnie dodaje mu to jedynie uroku. Rzeczywiście odnalazłem w nim i coś z romantyzmu Bradbury’ego (choć momentami,  popadającego w nadmierny sentymentalizm) i coś z cudownej dziwaczności Lafferty’ego. Myślę, że mogę go polecić każdemu, kto, tak jak ja, lubi czasem powracać do klasycznej SF z lat 50tych czy 60tych i jest w stanie wybaczyć jej okazjonalną naiwność czy też chropowatość.         

Wciąż zaintrygowany, zamówiłem poprzez mój ulubiony anglojęzyczny antykwariat (betterworldbooks.com) Starfindera, oryginalnie publikowanego w częściach w latach 1969-1980 (tzw. fix-up novel) i złożonego w całość w 1980r. Trzy dni temu wreszcie do mnie dotarł i w piątek wieczór pochłonąłem go jednym haustem

Wciąż nie jestem pewien, co właściwie przeczytałem.

 Założenia się tyleż błyskotliwe, co wytyczające dość oczywistą i fabularnie i gatunkowo ścieżkę. We (względnie) odległej przyszłości ludzkość zasiedliła rozmaite systemy gwiezdne. W teraźniejszości świata przedstawionego podróż z prędkościami ponadświelnymi oraz międzygwiazdowa komunikacja stała się możliwa dzięki tak zwanym „wielorybom” – żyjącym w przestrzeni kosmicznej, gargantuicznym, asteroido-podobnym, świadomym stworzeniom, zdolnym przemierzać zarówno przestrzeń jak i czas. Specjalna kasta „Jonaszy” poluje na te majestatyczne byty, niczym dziewiętnastowieczni wielorybnicy. Wieloryby są chwytane i pozbawiane „ganglionu” (narośli będącej odpowiednikiem mózgu). Martwe zachowują jednak zdolność podróżowania w przestrzeni (choć nie w czasie). Dokuje się je wokół planety Ghaul, a następnie przerabia na statki kosmiczne.

Główny bohater, rodzaj kosmicznego Ahaba, zostaje przedstawiony jako człowiek opętany podwójnym niejako szaleństwem – po pierwsze, nienawiścią do wielorybów (wynikającą z nieszczęśliwego wypadku sprzed kilku laty, kiedy to przejściowo stracił wzrok), po drugie zaś perwersyjnym (używam tutaj tego słowa nie tyle w sensie potocznym co raczej  psychoterapeutycznym czyli jako synonim „niedojrzałego”, czy też „nieprawidłowego) stosunkiem do seksualności oraz kobiet, będącym rezultatem młodości spędzonej na ultrapurytańskiej planecie Dirt („Brud”).**

Od tego pierwszego szaleństwa nasz bohater uwolni się już w prologu, niespodziewanie  dostrzegając na powierzchni martwego wieloryba odbicie swej własnej twarzy. Co do drugiego zaś… Cóż, nie uprzedzajmy faktów.

Właściwa akcja rozpoczyna się w rozdziale pierwszym, kiedy to Starfinder, już porzuciwszy karierę „Jonasza”, pracuje w stoczni na planecie Ghaul. Jeden z martwych wielorybów okazuje się nie do końca martwy – wykształcił bowiem drugi „ganglion”. Stworzenie kontaktuje się ze Starfinderem za pomocą dziwacznych symboli wyświetlanych bezpośrednio w myślach człowieka (zamieszczone w powieści rysunki są naprawdę urocze!). Chce, by były wielorybnik naprawił jego „ganglion”, w zamian oferując swą służbę. Z początku Starfinder udaje przed samym sobą***, że zamierza wydać nieumarłego wieloryba stoczniowym oprawcom, ale jego wyobraźnię opanowuje już wizja wspólnych podróży w czasie i przestrzeni. Pragnie, na przykład, zobaczyć na własne oczy słynne wydarzenia z historii ludzkości****

Tak, trafnie się domyślacie. Starfinder ostatecznie wykrada wieloryba i udaje się w długą drogę. Czeka nas teraz fajna, klasyczna space-opera, prawda?

Otóż, nieprawda. Właściwie to trudno opisać, co nas czeka. Oto kilka tylko przykładów, by dać Wam jakieś pojęcie:

– w rozdziale pierwszym, tuż przed ucieczką, Starfinder, opanowany przez swą alternatywną psychopatyczną osobowość – „mnicha” – dusi na śmierć***** swą arystokratyczną (i po prawdzie dosyć wampiryczną) narzeczoną.

– w rozdziale drugim wieloryb, chcąc się pozbyć swego lokatora, nurkuje poprzez czasoprzestrzeń aż do mitycznego Tartaru, gdzie trzy Erynie (tak, te Erynie – Alecto, Tyzyfone i Megajra) dokonują nad Starfinderem sądu.

– w rozdziale trzecim nasz bohater napotyka przypadkiem wrak statku kosmicznego, w którym odnajduje zamrożone ciało nieznajomej dziewczyny. Choć dziewczyna nie jest jakoś szczególnie piękna, jej widok porusza ukrytą strunę w duszy protagonisty; czuje że odtąd nic już nie będzie dla niego takie samo. Desperacko cofa się zatem wraz z wielorybem w czasie, by zapobiec katastrofie rzeczonego statku i ocalić nieznajomą, po to tylko, by odkryć, że to właśnie oni sami byli pierwotną przyczyną wypadku – paradoks znany już czytelnikowi z rozmaitych opowieści o podróżach w czasie, tu jednak rozegrany w sposób typowo filozoficzno-egzystencjalny. (Cóż, duch fatum rodem z antycznej tragedii nieprzerwanie unosi się nad tą powieścią). Starfinder ostatecznie umieszcza nietknięte ciało „Gwiezdnej Dziewczyny” w chłodni na pokładzie wieloryba, niczym Sinobrody ze złowrogiej legendy, i urządza dla niej coś w rodzaju świątyni, którą odwiedza od czasu do czasu, przynosząc świeże kwiaty.

Sądzicie, że to dziwaczne? Czekajcie, rozdziałów jest jedenaście. To nawet jeszcze nie początek.           

Tak naprawdę trudno mi ocenić, komu ta książka bardziej się  n i e  spodoba. Fanom space-opery, zawiedzionym brakiem satysfakcjonującej akcji? Zwolennikom twardej SF zirytowanym logicznymi niekonsekwencjami? Miłośnikom ambitnej, obowiązkowo ciężkiej i depresyjnej prozy psychologicznej czy też metafizycznego weirdu, zniesmaczonym obecnością wątku romantycznego******, w dodatku zakończonego bezwstydnym happy-endem? Feministycznej lewicy? Mizoginistycznej prawicy? Mógłbym wymieniać tak w nieskończoność.

To książka, która, jak słusznie ujął to jeden z jej nielicznych internetowych recenzentów, ma ogromne problemy z własną tożsamością (podobnie jak wspomniany na początku tego eseju „Moby Dick”). A my żyjemy przecież w czasach w których opowieści – bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – podporządkowane są czytelniczym oraz wydawniczym algorytmom i muszą już od samego początku jasno deklarować swą tożsamość. I nie, nie dotyczy to jedynie typowo popowych young adult, fantasy romanów czy przygodowych space-oper. Czytelnicy ambitnej prozy, postmodernizmu, twardej SF czy weirdu również mają swoje ściśle określone, zalgorytmizowane oczekiwania i biada autorowi, który ich nie spełni (na przykład wplatając w narrację wątek romantyczny, zakończony happy-endem). „Starfinder” to przybysz z zapomnianych czasów, kiedy to powieściom fantastycznym wolno było być wieloma, często sprzecznymi ze sobą rzeczami jednocześnie.

To bardzo konfundujące. Nieznośnie naiwne. I niesamowicie ożywcze.

To zaskakujące, jak wiele ech tej całkiem nieznanej, zapomnianej powieści można odnaleźć w późniejszych, o wiele słynniejszych tekstach kultury. Weźmy choćby sceny z drugiego „Avatara” Jamesa Camerona, kiedy to wielorybnicy ścigają i zabijają samicę tulkuna a następnie pozbawiają ją ambry. Albo zagmatwany czasowo wątek miłości Raula i Enei z „Triumfu Endymiona” czy też Niebieskiej i Czerwonej z „Tak właśnie przegrywasz Wojnę Czasu” Amal El-Mohtar i Maxa Gladstone’a. Przypadek? Świadoma inspiracja? Nie sposób tego rozstrzygnąć.

A zatem, kończąc już i dalej nie spoilerując  – nie mam pojęcia, czy „Starfinder” to dobra czy zła powieść i na pewno nie będę Was zachęcał do jej przeczytania.******* Mogę jedynie zadeklarować, że książka ta, dla mnie przynajmniej, okazała się nieoczekiwanym skarbem, odkopanym w stercie starej, wyblakłej makulatury. Kosmicznym „Moby Dickiem”, jednak o wiele bardziej optymistycznym i – po Tolkienowsku – eukatastroficznym – niż ten Melvillowski. Niejednoznaczną i niepoprawną opowieścią o szaleństwie i freudowskich obsesjach, które zostają jednak uleczone. O międzygatunkowej empatii. No i, oczywiście, opowieścią o miłości – dziwaczną, konfundującą, nawet lekko toksyczną a jednak… No właśnie.

Jest w tej książce taki stary, naiwny romantyzm, którego brakuje mi we współczesnej prozie fantastycznej. No bo popatrzcie tylko: Ich troje. On. Ona. I wieloryb. Czy może być coś bardziej romantycznego?   


* Chociaż… nie. Motyw nastoletniej dziewczynki, zakochującej się w dorosłym mężczyźnie i powracającej do niego niespodziewanie już jako dorosła kobieta, opis ich zmieniającej się relacji, został przecież umiejętnie rozegrany w bardzo dobrych powieściach fantastycznych – „Fire and Hemlock” Diany Wynne Jones czy „Triumfie Endymiona” Dana Simmonsa.

** Zupełnie na marginesie fabuły, niejako mimochodem, powieść obdarza nas kilkoma zdawkowymi ale świetnie naszkicowanymi opisami rozmaitych, z lekka dystopijnych (a w każdym razie rządzonych rozmaitymi obsesjami) gwiezdnych społeczeństw.

*** To w dużej mierze tak naprawdę psychologiczna opowieść o udawaniu różnych rzeczy przed samym sobą i konsekwencjach, jakie z tego wynikają.

**** Z jakiś względów wyobraźnia Starfindera jest w dużej mierze opanowana przez imaginarium antyczne: podnieca go, na przykład, Marsz Dziesięciu Tysięcy opisany przez Ksenofonta. Coś w tym jest; mnie też on zawsze podniecał. Zbigniewa Herberta również – patrz wiersz „Anabaza”.

***** Nie do końca na śmierć – arystokratki z Ghaula do pewnego stopnia posiadły nieśmiertelność. Wampiryczna narzeczona jeszcze powróci, aby dokonać zemsty.

****** Nie ma sensu już tego ukrywać. Owszem, lubię romanse. Wiele z moich ulubionych książek fantastycznych to romanse właśnie. Choćby wspomniany już „Triumf Endymiona”. Albo „Tehanu”.

******* Tak czy inaczej książka potencjalnie dostępna jest wyłącznie po angielsku w zagranicznych antykwariatach i sporadycznie na amazonie. Nie sądzę, by kiedykolwiek ją wznowiono, nie wspominając  już o przekładzie ma język polski. No chyba że odgrzebie ją ktoś taki jak Wojtek Sedeńko.

wtorek, 25 lutego 2025

"Synchronizacja" - Nowa fantastyka 3/2025


I tak oto, po ponad sześciu latach przerwy (jak ten czas leci) w „Nowej Fantastyce” znów ukazuje się moje opowiadanie. Jest to ogółem piąty mój tekst w NF lub ŚP FWS, ale rajcuję się, jakby był pierwszy;) Myślę, że każdy kogo „wejście” w fantastykę przypadło, tak jak w moim przypadku, na pierwszą połowę lat 80tych i przebiegało pod znakiem miesięcznika „Fantastyka”, który wtedy właśnie pojawił się na rynku ("pojawił się" przynajmniej teoretycznie, bo zazwyczaj ciężko było go dostać) zrozumie to uczucie.

Dystopijna i chyba nieco weirdowa „Synchronizacja” zapewne zaskoczy Czytelników, którzy znają mnie wyłącznie z czterech poprzednich tekstów opublikowanych na łamach obu pism i utrzymanych w estetyce fantasy (o ile jeszcze, rzecz jasna, ktoś jeszcze te teksty kojarzy), ale nie zdziwi pewnie z kolei tych, którzy czytali moje opowiadania zamieszczone w „Roczniku Fantastycznym” (choćby „Slow life”) czy w zeszłorocznych „Snach umarłych” („Fragmenty” – swoją drogą, podejrzewam, że gdybym zamiast „Fragmentów” wysłał Wojtkowi Gunii „Synchronizację”, to też miałaby szanse w tym naborze). Jak wytłumaczyć zatem ten stylistyczny rozrzut? Cóż, być może kiedyś napiszę coś więcej, na ten jednak moment przyjmijmy po prostu, że kontemplować dziwność/cudowność/straszność wszechświata można na bardzo różne sposoby, w zależności od tego jakie pytania akurat w tym momencie pragniemy wszechświatowi zadać;) Tak czy inaczej, moim zdaniem szeroko pojęta fantastyka we wszystkich swych odmianach nadaje się do tego najlepiej (kiedy ostatnim razem próbowałem napisać zwykłą powieść obyczajową, wyszło z tego „CK Monogatari”;1).
 
„Synchronizacja” to w porównaniu do tekstów z których jestem najbardziej zadowolony (dajmy na to „Okruch słońca”, ‘Pieśń Żywiołów”, „Dziedzictwo”, „Wzór” czy „Paradiso”) to prawdziwa miniaturka – ledwie 25k znaków. Zawsze miałem problemy z tak krótkimi formami. O ile da się od biedy przedstawić w tej objętości jakiś mniej lub bardziej ciekawy koncept, to gorzej już z ubraniem tego konceptu w satysfakcjonującą literacko formę, jak kiedyś już to pisałem, z wyeksponowaniem określonej dramaturgii czy też udramatyzowaniem takiego czy innego dylematu, ukryciem pomiędzy słowami takiego czy innego refrenu. Mam jednak wrażenie (może jest to tylko złudzenie?), że w „Synchronizacji” nawet to jakoś zagrało, i że (czysto literacko) to chyba najlepszy z moich krótkich utworów (na drugim miejscu postawiłbym „Symulację wstępną”, która, mam nadzieję, ukaże się w tym roku w 4 tomie „Nanofantazji”). Cóż Czytelnicy ocenią i - kto wie - może nawet przekażą jakąś informację zwrotną?
 
P.S.1. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, w „Roczniku Fantastycznym 2025” powinna ukazać się „Fikcja” – w pewnym sensie siostra-bliźniaczka „Synchronizacji”. Podobnie jak ona ukazuje dystopijny świat (może nawet wcześniejszą wersją tego samego świata?) i zanurzonego w nim protagonistę – funkcjonariusza Systemu. Jeśli spodoba Wam się „Synchronizacja”, sięgnijcie również po „Fikcję”.
 
P.S.2. Jeśli którykolwiek z moich tekstów zawiera wyraźną aluzję polityczną (pomijam tutaj odniesienia do wojny na Ukrainie w „Slow life” czy „Infernie”, bo to zupełnie inna sprawa) to jest to właśnie „Synchronizacja”. Ukończyłem ją 14.10.2024 r. tuż po zakończeniu kampanii wyborczej.
 
1 „Ck Monogatari” jest oczywiście powieścią obyczajową. Ale nie tylko;)