czwartek, 25 kwietnia 2019

Gene Wolfe (1931-2019)

Ja czytelnik mam, niestety, dość niestatystyczny gust - zawsze wyżej cenię sobie nie do końca choćby udany eksperyment od  perfekcyjnie wyprodukowanej sztamp... pardon... od perfekcyjnie wyegzekwowanego bestsellera, trafiającego w gusta możliwie najszerszej grupy czytelników. W końcu cóż mi przyjdzie z czytania kolejnego bestsellera? Znasz jeden, znasz wszystkie. A ambitna porażka (rozumiana tu przede wszystkim jako niedostarczenie czytelnikowi do końca tego, czego oczekuje czy też złamanie klasycznych reguł, co sprawia, że książka nie czyta się szybko, łatwo i przyjemnie) może pod wieloma względami okazać się inspirująca.

Cóż, to temat na osobny wpis. Dzisiaj chciałbym po prostu oddać hołd Gene'owi Wolfe'owi, jednemu z największych artystów (i eksperymentatorów) słowa wśród pisarzy fantastyki. Twórcę cholernie trudnego, niejednoznacznego, czasem doprowadzającego czytelnika do szału. Czasem - i owszem - nieco zbyt w moim odczuciu powtarzalnego i monotonnego. Nawet nudnego. A jednak bez wątpienia wielkiego. Autora określanego przez niektórych jako "James Joyce fantastyki". Albo ewentualnie - jej Marcel Proust. Oba te porównania (jak również wiele innych) są moim zdaniem w pełni uzasadnione.

Na temat twórczości Gene Wolfe'a można by pisać dużo, ale szczęśliwie mądrzejsi ode mnie już pisali, więc nie muszę się produkować. Polecam jednak gorąco lekturę wstępu do zbiorku "Smierć Doktora Wyspy" autorstwa Arkadiusza Nakoniecznika. Osobom czytającym po angielsku linkuję też dwa eseje autorstwa Johna Clute'a oraz Jeeta Heera.

Tak więc, w ostatnim czasie, po Ursuli K. Le Guin odszedł kolejny z Wielkich. Autor, którego, tak jak Le Guin podziwiałem zawsze w szczególny i bardzo osobisty sposób i pod którego zgubnym wpływem chyba trochę się znalazłem (kto wie, może i moja nieszczęsna "Studnia Zagubionych Aniołów" byłaby odrobinę mniej zagmatwana i konfundująca, gdybym w trakcie jej pisania nie czytał "Księgi Nowego Słońca"?).

Będzie mi brakować jego wyobraźni i odwagi.  

czwartek, 14 marca 2019

Niebezpieczne kobiety - odcinek 2;)


Teraz najgorsze, westchnęła Kala w duchu. Zasadniczo nie przepadała za ludźmi w ogóle, a za zbirami Maruka w szczególności i kontakty z nimi starała się ograniczać do niezbędnego minimum. Trzeba było jednak jakoś przez to wszystko przebrnąć. Przyoblekła twarz w uprzejmy uśmiech, który podpatrzyła od Nezamiego i odezwała się jako pierwsza.

 – Wino z Raazh smakuje najsłodziej… – zagaiła i utkwiła w tamtych wyczekujące spojrzenie.

– Ale portowy trunek najszybciej uderza do głowy… – wybąkał po dłuższej chwili jeden z najemników, średniego wzrostu mężczyzna o elegancko przystrzyżonej brodzie.

 Rafi Maruk przesyła pozdrowienia – kontynuowała – i nowe rozkazy.

 – Tak? – ten sam najemnik rozparł się na ławie i spojrzał na nią wyzywająco.

– Macie natychmiast wyruszyć pod moją komendą – oznajmiła Kala bez przekonania.

 Tamci jak na komendę prychnęli śmiechem.

  – Wiedziałam, że to nie podziała – westchnęła Kala, spoglądając empatycznie na swych rozmówców. – No, dobrze, miejmy to już za sobą. Który z was w takim razie?

 – Który? – brodacz zmierzył ją obleśnym spojrzeniem. – Dlaczego nie wszyscy?

  Jego kompani zarechotali.

– Nie, nie – wyjaśniła wciąż tym samym uprzejmym, rzeczowym tonem Kala. Również zapożyczała go od swego patrona. – Wszystkich was nie mogę zabić. Niestety. Będziecie potrzebni, poza tym rafi miałby do mnie pretensje.

Tak naprawdę, kilka lat wcześniej wydarzył się pewien niefortunny incydent, ale tamci, zwłaszcza jeśli, jak podejrzewała, niedawno dołączyli do kompanii, zapewne o nim nie wiedzieli. Pojechała – siedemnastoletnia może dziewczyna – by przekazać Marukowi ważną wiadomość od swego patrona. Znalazła rafiego wraz z licznym oddziałem w przygranicznym Kazh i potem przez jakieś dwa tygodnie mu towarzyszyła. Było to jej pierwsze zetknięcie z kompanią. Kilku najemników prędko uznało, że zadziera nosa. Gdy zignorowała umizgi jednego z nich, ten dobrał dwójką kompanów i postanowili razem dać jej nauczkę. Dopadli ją z zaskoczenia, nie miała przy sobie żadnej broni oprócz sztyletu. Zareagowała odruchowo, ale najzupełniej prawidłowo – szkolenie Sharima już wtedy dawało rezultaty. Cała sytuacja jednakowoż dość nią wstrząsnęła – byli to pierwsi ludzie, jakich własnoręcznie zabiła. Jeden z tamtych przeżył i pobiegł poskarżyć się Marukowi. Kompania była wzburzona, ale rafi okazał się rozważnym człowiekiem. Osobiście poderżnął gardło niedoszłemu gwałcicielowi i lakonicznie, ale szczerze przeprosił Kalę, obiecując, że nic podobnego już się nie powtórzy. Od tego czasu ludzie Maruka się jej bali i raczej starali się unikać.

Tak czy owak, gdyby znowu zgładziła rafiemu kilku podwładnych, ten zapewne żywiłby do niej żal, zaś Nezami tradycyjnie zarzuciłby jej brak umiejętności interpersonalnych.

– A więc? – kontynuowała ze zmęczonym uśmiechem Kala. – Zabiję waszego prowodyra, a pozostali będą potem grzecznie wypełniać moje polecenia, zgoda? Tak to się chyba zazwyczaj odbywa? Załatwmy to od razu na tyłach tej oto speluny i miejmy wszystko z głowy, co? Nie jadłam jeszcze śniadania. Ty? – spojrzała na brodacza zachęcająco.
 
Dług, rozdział 3.

piątek, 8 marca 2019

Niebezpieczne kobiety cz 1.

Z okazji dnia kobiet wszystkim Paniom zarówno prawdziwym jak i fikcyjnym życzę wszystkiego najlepszego!

Na tę okazję dedykuję odpowiedni fragment. Niebezpieczne kobiety, cześć I:


Wtem jakiś szczegół w ścianie zieleni przykuł jego uwagę. Ruch. Obrócił głowę i spojrzał wprost w wycelowany w siebie grot strzały. Zastygł w bezruchu.
Za bardzo dygocze, pomyślał krytycznie i przeniósł wzrok z grotu na łuk.
Była to jego własna broń.
– Tekri! Żyjesz – zawołała radośnie Darya i zdjęła strzałę z cięciwy.
Zsiadł z konia. Dziewczyna odłożyła łuk, podbiegła i z entuzjazmem rzuciła mu się na szyję.
– Ty żyjesz! – zachlipała. Poczuł się cokolwiek zażenowany. Delikatnie poklepał Daryę po plecach.
– Czemu miałbym nie żyć? – odparł z przekąsem. – Nisko mnie cenisz.
– Znalazłam twój łuk! – pochwaliła się niezrażona dziewczyna. – I włócznię! Wyjęłam ją z trupa i przetarłam!
– Naprawdę? – zdumiał się Tekri.
– Tak! – Darya aż pokraśniała z dumy. – I zawlokłam zwłoki w krzaki. Niedaleko co prawda, tylko tyle, żeby nie było ich widać z drogi. Odnalazłam też dwa konie, pozostałe pewnie się spłoszyły.
Najemnik przez dłuższą chwilę przetrawiał te rewelacje. Trzeba przyznać, dziewczyna go zaskoczyła. Fakt, była wysoka i silna, ale nie sądził, że….
– Nie jestem już delikatną kupiecką córkę – oświadczyła stanowczo, domyślając się, jakim torem idą jego myśli. – Jestem godną ciebie uczennicą!
Tekri pokręcił w zadumie głowę i ruszył za Daryą. Po drugiej stronie gęstego krzaka w schludnym rządku leżało pięć trupów. Gęstwina rzeczywiście sprytnie zasłaniała je przed oczami przejeżdżających traktem.
Tekri nie za bardzo wiedział, co powiedzieć.
– Nie musiałaś układać ich aż tak równo – mruknął w końcu. – Przeszukałaś je? – na jego ustach pojawił się ironiczny uśmiech.
– N…nie – wymamrotała Darya. – Sądzisz…
– Mogą mieć przy sobie coś, co wskaże na ich mocodawcę. Albo chociaż jakieś pieniądze… – najemnik pochylił się nad pierwszym ciałem. – Albo jakąś fajną broń, choć w to akurat wątpię.
– Czy… – zawahała się dziewczyna. – Czy obrabowywanie zwłok nie jest hm… niehonorowe?
– A co w tym niby niehonorowego? – zdziwił się Tekri. – Was, Hamańczyków czasem ciężko zrozumieć. To zwykli bandyci, więc nie będziemy obcinać im głów jako trofeów, ale niechże na coś się przydadzą.
Darya wyraźnie pobladła.
– Tekri – zapytała lekko ochrypłym głosem. – Czy naprawdę uciąłeś kiedyś komuś głowę?
– Nikomu martwemu – odparł ze śmiertelną powagą najemnik.


Dług, roz. 1

czwartek, 3 stycznia 2019

Plebiscyt Nowej Fantastyki!


Trwa plebiscyt Nowej Fantastyki, na najlepszy tekst literacki, utwór publicystyczny, ilustrację, itp... Przypominam, że w roku 2018 w Fantastyce Wydaniu Specjalnym 3/2018 ukazała się moja mikropowieść "Dziedzictwo". Może akurat komuś się spodobało? Tak czy inaczej zachęcam do głosowania (niekoniecznie na mnie;))

Noworoczne Pozdrowienia Dla Wszystkich!

AL

A oto link do plebiscytu

środa, 19 grudnia 2018

Dalej niż koniec drogi


W najnowszym numerze „Nowej Fantastyki” (1/2019) ukazał się właśnie mój tekst Dalej niż koniec drogi. Jako ktoś, kto lubuje się w nieistotnych statystykach i zestawieniach odnotowuję, iż jest to moje pierwszy „nieteraiowe” opowiadanie od czasu Księdza Marka trzech spotkań z demonem z 2012 r. Jak również, iż stanowi czwarty tekst mojego autorstwa, wydrukowany w „NF” bądź „FWS” (a zatem zrównuję się tutaj z liczbą utworów, jakie dawno temu, w poprzednim wcieleniu opublikowałem na łamach pewnego nieistniejącego już periodyku).

Co do samego opowiadania, to stało się ono obiektem interesującej dyskusji (oraz redakcyjnych bojów;)) pomiędzy mną a redaktorem działu literatury polskiej „NF”.  Za wszystkie uwagi i wątpliwości chciałem w tym miejscu Michałowi Cetnarowskiemu serdecznie podziękować – pozwoliły mi one lepiej zrozumieć, o czym właściwie chciałem opowiedzieć. No i skłoniły mnie do wymęczenia tego oto posta.

Główne źródło inspiracji stanowił, oczywiście, japoński film Ballada o Narayamie z 1983 r. w reżyserii Shoheia Imamury. Opowiada on (w bardzo brutalny i dosadny sposób) o surowym życiu mieszkańców położonej w górach wioski. Kultywują oni tradycję polegająca na tym, iż każdy członek wspólnoty po ukończeniu 70 roku życia musi udać się na tytułową górę (Narayamę), by tam umrzeć (zwyczaj znany w kulturze japońskiej jako „ubasute” – pojawił się nawet w jednej z części komiksu Stana Sakaia Usagi Yojimbo).

Film jest w duchu hipernaturalistyczny (niech Chłopi się schowają). Epatuje seksem i przemocą może nie tak spektakularnie jak serialowa Gra o Tron, ale za to o wiele bardziej przekonywująco, jako że wszystko realistycznie wynika tutaj z bezwzględnych zasad i pragmatyzmu rządzących życiem wieśniaków.

Bohaterka filmu, siedemdziesięcioletnia Orin jest całkowitym przeciwieństwem mojej protagonistki.  Matriarchini rodu bez reszty podporządkowana jest tradycji oraz dobru swej rodziny – tak jak je pojmuje. Bez najmniejszego wahania, na przykład, wysyła na okrutną śmierć ciężarną dziewczynę wnuka, uznając (podług logiki wioski jak najbardziej słusznie), że działa w interesie wspólnoty. Końcowe sceny filmu pokazują jak Orin spokojnie i z godnością zamarza na szczycie Narayamy, pozostawiona tam przez kochającego syna;)

W tym momencie jako urodzony eskapista wyobraziłem sobie, że na miejscu Orin znalazł się ktoś buntujący się przeciwko odwiecznym zasadom. Marzyciel tęskniący za inną rzeczywistością niż ta w której mu/jej przyszło żyć. Ujrzałem jak osoba ta wstaje, otrzepuje się ze śniegu i… rusza w dalszą drogę.

Kilka słów co do zastosowanych w tekście konwencji, jako że one właśnie stały się w dużej mierze przedmiotem gorącej „przedredakcyjnej” dyskusji. Przede wszystkim – świat przedstawiony nie miał nawiązywać do dystopii czy też SF. Stylistyka jest tu z założenia trochę bajkowa, metaforyczna raczej niźli konkretna, "światotwórcza". Nie chcę przez to powiedzieć, że rzeczywistość "północnej" i innych wiosek jest w stu procentach umowna, czysto symboliczna, ale na pewno jest o wiele bardziej "przesunięta" ku takiej właśnie niedosłownej interpretacji, niż typowa przygodowa fantasy, postapo, dystopia, steampunk, czy elementów czego jeszcze byśmy się tu nie doszukali. Elementów tych zresztą w założeniu czytelnik ma się właśnie doszukać - czyli skojarzyć, oprócz Ballady o Narayamie,  nawiązania do wielu innych książkowych czy filmowych światów. Zwłaszcza tych z japońskiej anime. Statek na niebie, dla przykładu, miał być nieco steampunkowy a wizualnie został „ukradziony” z Children Who Chase Lost Voices Makoto Shinkaia. Intruz "wprawiający w ruch" protagonistkę został z kolei zapożyczony (i odpowiednio przetransformowany) z Kino No Tabi. Nawiasem mówiąc ­– myślę, że całe to opowiadanie to z mojej strony też trochę taki hołd złożony anime właśnie.

Tak na marginesie, czy znacie pojęcie "pożyczonej scenerii" z dalekowschodniej architektury („shakkei” po japońsku)? Stosuje się to rozwiązanie zwłaszcza przy komponowaniu klasycznych ogrodów. Próbuję tu właśnie (i nie tylko tu) robić coś trochę podobnego – otwierać "okna" z których widać (za mgłą co prawda) inne teksty i filmy.

Dalej niż koniec drogi to jednak dla mnie przede wszystkim opowieść nie tyle o jakimś tam świecie (on stanowi tylko tło), ale o indywidualnej ludzkiej pielgrzymce – i w tym sensie narracja Gorjim jest nieco solipsystyczna. Z racjonalnego punktu widzenia można się nawet zastanawiać, czemu nikt wcześniej nie dokonał tego samego, co starzejąca się kobieta. Nie odkrył nowej drogi. Odpowiedziałbym na to następująco: prawdziwa ucieczka okazuje się ostatecznie zaskakująco łatwa – pod warunkiem, że uda nam się pokonać pewne bariery - które istnieją przede wszystkim nie na zewnątrz lecz wewnątrz nas. I na to pragnąłem właśnie zwrócić uwagę czytelnika. Nie chciałem, by w pierwszej kolejności dywagował nad takimi czy innymi mechanizmami społecznymi zniewalającymi jednostkę (jak w dystopii) lecz by zamiast tego pomedytował nad symboliczną wewnętrzną wędrówką. Nad tym, że rzeczy, które wydają się całkiem dalekie, mogą być w istocie bliskie. Moim zamierzeniem było odwrócić uwagę czytelnika od rozpraszających konkretów i skierować ją ku sprawom bardziej ulotnym.

 "Nowy" świat do którego pod koniec opowiadania dociera Gorjim nie stanowi w założeniu idylli czy utopii, ale świat "otwartych możliwości"; świat, gdzie ludzki los nie jest zdeterminowany jedynie przez zewnętrzne okoliczności. I to miał być kolejny temat opowiadania - czy człowiek (do jakiego stopnia) jest w stanie uwolnić się spod tyranii opresyjnych okoliczności – najprzeróżniejszych uwarunkowań politycznych, społecznych, czy rodzinnych.

Nikt też nie powiedział, że Gorjim w jej "drugim" i, bądźmy szczerzy, już chyba niezbyt długim życiu czekają same przyjemności. Być może czekają ją przygody. Niebezpieczeństwa. Ale przede wszystkim – wolność. Choćby na krótko ale jednak.

I wreszcie na sam koniec – zauważyłem ostatnio, że pomysły często chodzą u mnie parami. No i chyba spodobało mi się pisanie o starych kobietach. Całkiem niespodziewanie, osiem miesięcy po skończeniu Dalej niż koniec drogi, popełniłem Kontrapunkt (patrz ten oto wpis). Sytuacja narracyjna jest tutaj pod pewnymi względami łudząco podobna. Oba teksty opowiadają o starych kobietach, które dokonują retrospekcji własnego życia. Główny punkt odniesienia i dla Gorjim i dla Halin stanowi niespodziewane i niezwykłe spotkanie, które przydarza im się w dzieciństwie lub młodości – i obie kobiety przez resztą swego życia próbują jakoś się do niego ustosunkować. Znaleźć własną odpowiedź. Na różny sposób i z różnym skutkiem. Ale to już zupełnie inna historia.

niedziela, 9 grudnia 2018

Kontrapunkt


Najbardziej jako autor lubię teksty nieplanowane, takie, które znienacka pojawiają się w mojej wyobraźni i (najlepiej) z marszu od razu są potem wystukiwane na klawiaturze. Być może wynika to po prostu ze złudnego poczucia, że coś tam jednak udaje mi się w miarę sprawnie zrobić. Najbardziej frustruje mnie natomiast sytuacja odwrotna – gdy miesiącami (latami) nie jestem w stanie zasiąść do już całkiem szczegółowo zaplanowanego tekstu, o którym wiem, że (podług moich prywatnych kryteriów) jest wart napisania.

Kontrapunkt należy na szczęście do tej pierwszej kategorii. Ot, w pewnym momencie, nieco ponad miesiąc temu, pomyślałem o scenie, która mogłaby stanowić preludium do Krzyku, na podobnej zasadzie, jak relacja małej Fawi stanowi preludium do Długu. I nagle przed moimi oczami stanęła skromna kobieta z Dorzecza, w swej prywatnej desperacji udająca się w pielgrzymkę do Góry Esam na jakieś kilkadziesiąt lat zanim miejsce to rozsławił Anwari i na ponad dwieście zanim mogliśmy je oglądać oczami Joanny, Kingi i Michała (ilustracja obok).

Jak zwykle trochę przesadziłem. Powstał tekst o objętości niemal 190 k, więc w przeciwieństwie do relacji Fawi, która zajęła raptem 10 stron ciężko nazwać go teraz „prologiem” czy „preludium”. Postanowiłem zatem zatytułować go „kontrapunktem”.  Ma to, rzecz jasna, uzasadnienie również w treści samego utworu, a kompozycyjnie historia Halin będzie właśnie kontrapunktem dla finalnych peregrynacji Kali w Lśniącym Mieście. Opowieść ta ­– paradoksalnie relacjonowana wyłącznie z perspektywy zwykłej wiejskiej kobiety, która nigdy nie była pierwszoplanowym aktorem jakiś niezwykłych wydarzeń poza dramatem własnego życia – mimochodem wprowadza sporo kluczowych informacji o Świecie Błękitu i pozwala wiele rzeczy ujrzeć w zupełnie nowym świetle. Z jednej strony troszeczkę wyjaśnia pewne enigmatyczne kwestie, które pojawiły się w Długu i wcześniej w Dziedzictwie. Z drugiej – przygotowuje nas na to, co spotka Kalę w Krzyku.

Jednocześnie, wydaje mi się że w dalszym ciągu jest to opowieść autonomiczna, której główną bohaterką jest przecież od początku do końca sama Halin.

Jestem z tej mikropowieści całkiem zadowolony, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, iż jest ona zasadniczo niedrukowalna. To znaczy, zakładam, że czytelnicy będą w stanie przełknąć ją w Teraii Zero, gdzie zostanie zamieszczona po dwóch całkiem satysfakcjonujących metafizyczno-magiczno-konwencjonalnych awanturach a przed awanturą trzecią. Nie odważyłbym się jednak wysłać Kontrapunktu do żadnego pisma lub antologii.

Tekst ten po prostu ostentacyjnie ignoruje typowe oczekiwania względem prozy przygodowej czy też rozrywkowej, a taką właśnie powinna być w powszechnym mniemaniu literatura fantasy (niezależnie od tego, co jeszcze, na głębszym poziomie skrywa między wierszami). Natomiast w Kontrapunkcie dynamika „leży” od początku do końca. Brak tu wyraźnej puenty i nagłych zwrotów akcji. Narracja momentami zbliża się chyba bardziej do wzorców typowych dla współczesnej prozy obyczajowej. Ot, niemal wiekowa Halin wspomina swoje życie. Zwłaszcza zaś pewne spotkanie sprzed siedemdziesięciu lat, które nie miało żadnego znaczenia dla losów świata, choć dla losów Halin bardzo istotne. Nie należy się tutaj jednak spodziewać jakiś szczególnych fabularnych fajerwerków. W kulminacyjnym momencie dwie kobiety w ciąży siedzą sobie po prostu przy ognisku i… rozmawiają. Potem dołącza do nich jeszcze trzecia kobieta (nie w ciąży).

Owszem, gdzieś w tle dzieją się różne niezwykłości. Przecież Halin przyszło w końcu żyć w ciekawych czasach. Czerwona Kurzawa najeżdża Dorzecze Sistanu. Miasto Miliona Dnia I Nocy upada. Anwari odbywa swą pielgrzymkę i powstaje Haman. Owszem, Halin na własne oczy ogląda rzeczy, które dla innych będą później jedynie mglista legendą. Spotyka… Cóż, sami przekonajcie się kogo. Doznaje cudu. Ociera się o tajemnice kluczowe dla całej sagi.  Ale jednocześnie już na zawsze pozostaje skonfundowana tym, co ją spotkało. Wewnętrznie rozdarta.

A o czym dla mnie jest Kontrapunkt? To opowieść o frustracji osoby obdarzonej intuicją mistyka i umysłem filozofa, wciąż zadającej sobie i innym fundamentalne pytania i – z przyczyn obiektywnych – nie  znajdującej satysfakcjonujących odpowiedzi, choć niekiedy całkiem samodzielnie zaskakująco się do nich zbliżającej. O życiu w pewnym sensie niespełnionym (choć z pewnością nie nieudanym) a na pewno o niespełnionej tęsknocie. O przerwanej przyjaźni i przerwanej w połowie opowieści. O tym, że naszymi losami jakże często kieruje przypadek i różne zewnętrzne uwarunkowania, których nie jesteśmy w stanie przezwyciężyć, bo nawet często wystarczająco wyraźnie ich sobie nie uświadamiamy.

Możemy zgadywać, że Halin nie ustępowała dociekliwością Effarowi, wielkiemu uczonemu z Talakki a mistyczną intuicją samemu Anwariemu. I, na dodatek, w przeciwieństwie do pierwszego chosry rzeczywiście spotkała jedną z istot, które później Hamańskie legendy nazwały Jeźdźcami Niebiańskich Rydwanów. A jednak nie była w stanie zaproponować światu swej własnej narracji. Jej imię nie zapisało się w historii.

To opowieść o frustracji, która nieobca jest chyba każdemu z nas. O niedokończonych sprawach, których nie da się dokończyć i pytaniach na zawsze pozostawionych bez odpowiedzi.
 
Uff! Jeszcze tylko Krzyk i idę na odwyk!