środa, 28 stycznia 2026

Planeta Nostalgia – Magazyn Literacki Fenix (1990-2001).

 

Przy smutnej okazji zawieszenia „Snów umarłych” zebrało mi się, a jakże, na dziaderskie nostalgiczne wspominki (po prawdzie to do tego akurat niewiele mi trzeba; nostalgia zżerała mnie już jako 10-latka i tak pozostało;). Uznałem zatem, że poświęcę osobny wpis magazynowi „Fenix”, który odegrał tak istotną rolę w moim czytelniczym i autorskim życiu.
 
Wpis ten ma charakter osobisty, nie encyklopedyczny, nie będę więc przepisywał wszystkich danych z Wikipedii ani ze stopek czasopisma, wspomnę tylko tytułem wstępu, iż w latach 1990-2001 ukazało się ogółem 107 numerów, co zapewnia „Fenixowi” zaszczytne drugie miejsce po „F/NF” wśród polskich pism fantastycznych (na trzecim i czwartym, z tego co kojarzę, znajdują się „Science Fiction” i „Magazyn Fantastyczny”). Nie będę też wymieniał wszystkich osób zaangażowanych w tworzenie magazynu, zaryzykuję jednak tezę, iż kluczowe znaczenie w kształtowaniu profilu pisma odegrali zwłaszcza redaktor działu prozy polskiej Jarosław Grzędowicz oraz redaktor działu prozy zagranicznej Krzysztof Sokołowski (pod koniec istnienia pisma funkcję tę pełnił Andrzej Miszkurka z MAGa).
 
Istnienie niepozornego, kieszonkowego, czarno-białego „Fenixa” przesączało się do mojej świadomości powoli; myślę że mając jako punkt odniesienia już wówczas legendarną, częściowo przynajmniej kolorową i dominującą swym formatem A4 „Nową Fantastykę” łatwo było go przeoczyć i zlekceważyć.
 
Niesłusznie. Teraz doceniam wygodny format tego małego rozmiarami ale wielkiego duchem pisma. A brak kolorów? Cóż, aż tak bardzo nie przeszkadzał komuś, kto koncentrował się głównie na treści. Wręcz nie pozwalał się rozpraszać.
 
Pierwszy numer magazynu, jaki nabyłem, to 7/1992 z dość, po prawdzie, tandetną okładką (chyba nawet ciut się przez tę okładkę zawahałem). Ale zawartość mnie nie rozczarowała. W środku znalazły się, m. in., trzy typowo „Fenixowe”, lekkie i rozrywkowe, ale ładnie napisane teksty, do których z sentymentem ciągle powracam: „Kraina Wulkanów” Piotra Górskiego, „Krótkie wprowadzenie do dziejów Tairen” Walentyny Trzcińskiej oraz „Czas Tańczącego Smoka” Jacka Piekary. Od tamtej pory kupowałem „Fenixa” regularnie.
 
„Fenix” był w historii polskiej fantastyki jedynym chyba projektem, który potrafił nawiązać wyrównaną, nazwijmy to, walkę konkurencyjną (i po trosze ideową – tak to były czasy, gdy ludzie rajcowali się takimi rzeczami) z „Nową Fantastyką” i zachwiać jej pozycją monopolisty. Wyszło to z pożytkiem dla obu pism, dla autorów (którzy mieli poważną, profesjonalną alternatywę w przypadku, gdy „NF” z tych czy innych względów odrzucała ich teksty) i wreszcie dla czytelników (nieskazanych na jeden li tylko gust redaktorski). To zaistnienie tej właśnie konkurencji nadało sensowne ramy wielu interesującym dialogom, dyskursom czy też sporom, jakie toczyły się wówczas w środowisku polskiej fantastyki.
 
Najgłośniejsze były chyba jednak właśnie owe spory, zwłaszcza legendarny spór pomiędzy fantastyką, nazwijmy to, „eksperymentalną”, nowatorską, lansowaną przez Macieja Parowskiego, a fantastyką tzw. „rozrywkową”, perfekcyjnie dopracowaną warsztatowo, profesjonalną, o którą walczyło środowisko „Fenixa”. Kto miał rację? Dziś z perspektywy czasu widać chyba wyraźniej, że, w pewnym sensie, obie strony. I myślę, że obie strony pogodziłby też obecny rynek – po części nieistniejący, po części zinfantylizowany, skomercjalizowany do granic absurdu, skrojony pod bezkrytyczne zaspokajanie gustów najmniej wyrobionego czytelnika i nastawiony głównie na monetyzację bieżących trendów.
 
Dla autorów i czytelników ta polemika na gusty i polityki redakcyjne Macieja Parowskiego i Jarosława Grzędowicza była jednak korzystna; obaj położyli ogromne zasługi. Maciej Parowski był redaktorem opętanym swoimi idee fixe, miał ambicje niejako „współtworzenia” młodej polskiej fantastyki, popychania jej w określonym przez siebie kierunku. Jarosław Grzędowicz reprezentował z kolei bardziej eklektyczny gust – publikował po prostu teksty (tylko a może aż) dobre warsztatowo. Choć to Parowski wylansował Huberatha, Żerdzińskiego, Dukaja czy Sapkowskiego (gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że w zasadzie w latach 80-tych, kiedy „Fenix” jeszcze nie zaistniał), to polityka Grzędowicza zawsze była bliższa memu sercu i oddawała chyba w większym stopniu sprawiedliwość bogactwu polskiej fantastyki.
 
Nie można zapominać, że „Fenix” publikował również prozę zagraniczną i z mojego punktu widzenia ukazało się tam więcej ciekawych tekstów niż w analogicznym okresie w „NF”. To właśnie dzięki „Fenixowi” poznałem bliżej nowelistyczną twórczość Roberta Silverberga, Waltera Jona Williamsa, Kathe Koji, Raya Bradburego, Alastaira Reynoldsa, Patricci McKillip czy Stephena Baxtera. Wyraźnie słabszy w mojej ocenie był natomiast „Fenix” w porównaniu z „NF” od strony publicystycznej (choć znów, gwoli sprawiedliwości, uważam że obecna „NF” w tej akurat dziedzinie też przegrywa z niegdysiejszą).
 
Fajną rzeczą było również to, że w „Fenixie” regularnie ukazywały się mikropowieści, zarówno polskie jak i zagraniczne. Mówię to nieco interesownie, jako autor, który celuje właśnie w utworach o objętości około 100k znaków i ciut powyżej;)
 
Posiadam kolekcję niemal wszystkich numerów „Fenixa”; regularnie do nich powracam przypominając sobie teksty kiedyś przeczytane, ale i wciąż odkrywając takie, które po prostu z jakiś względów przeoczyłem;)
 
Żadnego pisma, nawet „Fantastyki” (od której przecież zaczęła się moja czytelnicza przygoda z fantastyką) nie darzę aż takim sentymentem i żadne inne logo ani okładka nie wzbudza we mnie aż takiej nostalgii. To tam zadebiutowałem (a potem opublikowałem jeszcze trzy inne teksty, i pewnie, gdyby magazyn nie upadł, publikowałbym kolejne). To właśnie „Fenix” na zawsze pozostanie już moim prywatnym, dziaderskim symbolem „starych, dobrych czasów”.
 
Na koniec pozwólcie, że przypomnę chyba bardziej jeszcze niż kiedykolwiek aktualne słowa Jarosława Grzędowicza z ostatniego numeru magazynu:
 
„Trudno dyskutować o rynku, zwłaszcza w takim stanie jak obecny. Konkurencja to dobra rzecz, jednak konkurencja powinna pozostawiać konsumentom jakiś wybór, bowiem „największy” nie zawsze oznacza „najlepszy”. Trudno, żeby mała restauracja konkurowała skutecznie z Mac Donaldem. Natomiast świat, w którym istnieją tylko Mac Donaldy, Big Brother i tylko to, co najpospolitsze, będzie smutnym światem. Pozbawionym możliwości wyboru”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz