niedziela, 9 grudnia 2018

Kontrapunkt


Najbardziej jako autor lubię teksty nieplanowane, takie, które znienacka pojawiają się w mojej wyobraźni i (najlepiej) z marszu od razu są potem wystukiwane na klawiaturze. Być może wynika to po prostu ze złudnego poczucia, że coś tam jednak udaje mi się w miarę sprawnie zrobić. Najbardziej frustruje mnie natomiast sytuacja odwrotna – gdy miesiącami (latami) nie jestem w stanie zasiąść do już całkiem szczegółowo zaplanowanego tekstu, o którym wiem, że (podług moich prywatnych kryteriów) jest wart napisania.

Kontrapunkt należy na szczęście do tej pierwszej kategorii. Ot, w pewnym momencie, nieco ponad miesiąc temu, pomyślałem o scenie, która mogłaby stanowić preludium do Krzyku, na podobnej zasadzie, jak relacja małej Fawi stanowi preludium do Długu. I nagle przed moimi oczami stanęła skromna kobieta z Dorzecza, w swej prywatnej desperacji udająca się w pielgrzymkę do Góry Esam na jakieś kilkadziesiąt lat zanim miejsce to rozsławił Anwari i na ponad dwieście zanim mogliśmy je oglądać oczami Joanny, Kingi i Michała (ilustracja obok).

Jak zwykle trochę przesadziłem. Powstał tekst o objętości niemal 190 k, więc w przeciwieństwie do relacji Fawi, która zajęła raptem 10 stron ciężko nazwać go teraz „prologiem” czy „preludium”. Postanowiłem zatem zatytułować go „kontrapunktem”.  Ma to, rzecz jasna, uzasadnienie również w treści samego utworu, a kompozycyjnie historia Halin będzie właśnie kontrapunktem dla finalnych peregrynacji Kali w Lśniącym Mieście. Opowieść ta ­– paradoksalnie relacjonowana wyłącznie z perspektywy zwykłej wiejskiej kobiety, która nigdy nie była pierwszoplanowym aktorem jakiś niezwykłych wydarzeń poza dramatem własnego życia – mimochodem wprowadza sporo kluczowych informacji o Świecie Błękitu i pozwala wiele rzeczy ujrzeć w zupełnie nowym świetle. Z jednej strony troszeczkę wyjaśnia pewne enigmatyczne kwestie, które pojawiły się w Długu i wcześniej w Dziedzictwie. Z drugiej – przygotowuje nas na to, co spotka Kalę w Krzyku.

Jednocześnie, wydaje mi się że w dalszym ciągu jest to opowieść autonomiczna, której główną bohaterką jest przecież od początku do końca sama Halin.

Jestem z tej mikropowieści całkiem zadowolony, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, iż jest ona zasadniczo niedrukowalna. To znaczy, zakładam, że czytelnicy będą w stanie przełknąć ją w Teraii Zero, gdzie zostanie zamieszczona po dwóch całkiem satysfakcjonujących metafizyczno-magiczno-konwencjonalnych awanturach a przed awanturą trzecią. Nie odważyłbym się jednak wysłać Kontrapunktu do żadnego pisma lub antologii.

Tekst ten po prostu ostentacyjnie ignoruje typowe oczekiwania względem prozy przygodowej czy też rozrywkowej, a taką właśnie powinna być w powszechnym mniemaniu literatura fantasy (niezależnie od tego, co jeszcze, na głębszym poziomie skrywa między wierszami). Natomiast w Kontrapunkcie dynamika „leży” od początku do końca. Brak tu wyraźnej puenty i nagłych zwrotów akcji. Narracja momentami zbliża się chyba bardziej do wzorców typowych dla współczesnej prozy obyczajowej. Ot, niemal wiekowa Halin wspomina swoje życie. Zwłaszcza zaś pewne spotkanie sprzed siedemdziesięciu lat, które nie miało żadnego znaczenia dla losów świata, choć dla losów Halin bardzo istotne. Nie należy się tutaj jednak spodziewać jakiś szczególnych fabularnych fajerwerków. W kulminacyjnym momencie dwie kobiety w ciąży siedzą sobie po prostu przy ognisku i… rozmawiają. Potem dołącza do nich jeszcze trzecia kobieta (nie w ciąży).

Owszem, gdzieś w tle dzieją się różne niezwykłości. Przecież Halin przyszło w końcu żyć w ciekawych czasach. Czerwona Kurzawa najeżdża Dorzecze Sistanu. Miasto Miliona Dnia I Nocy upada. Anwari odbywa swą pielgrzymkę i powstaje Haman. Owszem, Halin na własne oczy ogląda rzeczy, które dla innych będą później jedynie mglista legendą. Spotyka… Cóż, sami przekonajcie się kogo. Doznaje cudu. Ociera się o tajemnice kluczowe dla całej sagi.  Ale jednocześnie już na zawsze pozostaje skonfundowana tym, co ją spotkało. Wewnętrznie rozdarta.

A o czym dla mnie jest Kontrapunkt? To opowieść o frustracji osoby obdarzonej intuicją mistyka i umysłem filozofa, wciąż zadającej sobie i innym fundamentalne pytania i – z przyczyn obiektywnych – nie  znajdującej satysfakcjonujących odpowiedzi, choć niekiedy całkiem samodzielnie zaskakująco się do nich zbliżającej. O życiu w pewnym sensie niespełnionym (choć z pewnością nie nieudanym) a na pewno o niespełnionej tęsknocie. O przerwanej przyjaźni i przerwanej w połowie opowieści. O tym, że naszymi losami jakże często kieruje przypadek i różne zewnętrzne uwarunkowania, których nie jesteśmy w stanie przezwyciężyć, bo nawet często wystarczająco wyraźnie ich sobie nie uświadamiamy.

Możemy zgadywać, że Halin nie ustępowała dociekliwością Effarowi, wielkiemu uczonemu z Talakki a mistyczną intuicją samemu Anwariemu. I, na dodatek, w przeciwieństwie do pierwszego chosry rzeczywiście spotkała jedną z istot, które później Hamańskie legendy nazwały Jeźdźcami Niebiańskich Rydwanów. A jednak nie była w stanie zaproponować światu swej własnej narracji. Jej imię nie zapisało się w historii.

To opowieść o frustracji, która nieobca jest chyba każdemu z nas. O niedokończonych sprawach, których nie da się dokończyć i pytaniach na zawsze pozostawionych bez odpowiedzi.
 
Uff! Jeszcze tylko Krzyk i idę na odwyk!

Teaser#1

Tym razem zupełnie nieteraiowo:


"Udając się na szczyt góry musisz przestrzegać kilku zasad..."

Ballada o Narayamie, reż Shohei Imamura

Oglądaliście ten film? Jeśli nie, obejrzyjcie koniecznie!

środa, 14 listopada 2018

Ciemność i Lustro

Co prawda, jeśli tylko mam chwilkę wolnego czasu (a ostatnio niespecjalnie) to wolę poświęcić go na pisanie fikcji niźli wpisów na blogu czy facebooku. Jako człowiek systematyczny uznałem jednak, że skoro każda z moich dotychczasowych publikacji doczekała się wpisu, to powinno się go doczekać również Ciemność i Lustro, które ukazało się właśnie w II tomie bezpłatnej sieciowej antologii "Fantazmaty".

Opowiadanie to będzie czwartym, zamykającym tekstem w nabierającej powoli ostatecznych kształtów "Teraii Zero" i prawdopodobnie (choć jeszcze nie na sto procent) da jej również tytuł.

Tekst ten różni się znacząco od pozostałych trzech, które: 1. są mikropowieściami albo wręcz krótkimi powieściami 2. koncentrują się raczej na Kali i osobach z którymi styka ją los. 3. oparte są na klasycznej przygodowej akcji. Ciemność i Lustro natomiast to względnie krótka medytacja nad osobistą historią Nezamiego, pozwalająca lepiej zrozumieć tę postać.

W niniejszym opowiadaniu nasz mag rzuca wyzwanie Galerii Luster w Wieży Astronoma (pamiętamy krótką i nieprzyjemną przygodę innego maga, Sarota, na początku Studni Zagubionych Aniołów; w ogóle w "Teraii Zero" będzie więcej takich powrotów do miejsc znanych już ze Studni - Las Sedam w Długu czy Góra Esam w prologu do Krzyku).

Cóż, nie będzie to może najniezwyklejsze i najbardziej spektakularne "przejście przez lustro" w Teraii (to zarezerwowane jest dla tomu trzeciego, o ile kiedyś powstanie;)), ale mam nadzieję, że Was nie rozczaruje.

Zaś co do samego Nezamiego. Co tu dużo gadać, lubię sukinsyna. Moja małżonka twierdzi zresztą, że ze wszystkich stworzonych przeze mnie postaci, to on właśnie w największym stopniu stanowi moje alter-ego. Nawiasem mówiąc - w drugim rozdziale Długu jest taka scena, w której nasz bohater zrywa z szyi magiczny naszyjnik, przekazujący mu właśnie ważną wiadomość i ciska nim o ścianę bo chce w spokoju... dokończyć komponowanie wiersza.  Czytając ten fragment moja żona bez wątpienia z satysfakcją pokiwałaby głową.

środa, 7 listopada 2018

Teaser # 2


 



I'm the shadow in your memory
I'm the beat within your heart
I'm the promise in all the lies you've made

And I'm the flame within your light
I'm the prowler in your night
I'm the feel that keeps you down when you're afraid
And I'm the tears within your rage
And the bars upon your cage
I'm the terror and the beauty in your eyes
And I'm the nightmare for your dreams
And the conscience in your screams
I'm the answer to a question never asked


Fragment tekstu piosenki „Secrets” zespołu Aragon

środa, 3 października 2018

Teaser#1

(i nie wiem, czy będą kolejne, bo strasznie jestem zagoniony). Za to długi.

Wtem chłopiec słyszy cichy jęk. Ostrożnie skrada się przez mrok, by po chwili odnaleźć starszego mężczyznę opartego o koło wozu. Tamten nie może się poruszać, w jego brzuchu zieje potężna rana. Wciąż jest jednak przytomny; gdy Kage się zbliża, unosi wzrok. Choć w tej sytuacji wydaje się to cokolwiek absurdalne, jego twarz rozjaśnia nieśmiały uśmiech. Szepcze coś cicho, wskazując na swe usta, potem zaś na leżący u jego stóp na wpół wybebeszony tobołek. Kage nie rozumie słów, ale przekaz jest jasny. Nie bacząc na to, że nieznajomy mógłby chwycić go resztką sił i poderżnąć gardło skrywanym za plecami nożem, pochyla się i sięga ręką do pakunku. Odsuwa na bok twardy, prostokątny kształt i wyciąga drewniany kubek. Potem szybko biegnie do pobliskiego strumienia. Zaraz jest z powrotem. Podaje wodę umierającemu. Ten wypowiada w swoim melodyjnym języku słowa podziękowania i drżącymi dłońmi przechyla naczynie do ust.

Kage z rosnącym zainteresowaniem obserwuje nieznajomego. Mężczyzna nie jest Aruńczykiem, mieszkańcem Hugusz, dalekiego Ledh ani członkiem któregoś z wędrownych plemion. Skąd zatem pochodzi? Z jeszcze dalszego kraju, położonego gdzieś hen za górami? Z miejsca, gdzie wstaje słońce?

Wzrok chłopca pada na prostokątny kształt, który wypadł wcześniej z tobołka. Podnosi go, rozchyla i z fascynacją dotyka cienkich, białych arkuszy. Wie, czym jest ten dziwny przedmiot. Słyszał kiedyś o takich z ust kupca, któremu jego ojciec pozwolił przejść przez ziemie plemienia. Z ekscytacją przebiega palcami po ozdobionych czarnymi znakami kartach księgi, jakby licząc na to, że w ten sposób pozna ich tajemne znaczenie.

Tymczasem nieznajomy odkłada kubek i bacznie przygląda się chłopcu. Znów uśmiecha się z wysiłkiem. Gestem prosi Kage, by podał mu przedmiot.
 
Jest zbyt ciemno, by czytać; mężczyzna po prostu na chybił trafił rozkłada księgę, dotyka palcami stron, przymyka oczy i zaczyna recytować z pamięci. Chłopiec słucha, urzeczony rytmem i melodią słów. Choć nie potrafi jeszcze tego nazwać, w jakiś sposób wie, że ma do czynienia z poezją.
 
Mężczyzna z wysiłkiem odkłada księgę i po raz ostatni uśmiecha się. W jego oczach nie ma żalu, gniewu czy rozpaczy, lecz jedynie jakaś subtelna melancholia, docierająca wprost do serca Kage, budząc w nim głód i tęsknotę, której – znów – nie potrafi jeszcze opisać właściwymi słowami.

Nieznajomy delikatnie uderza dłonią w swą pierś.
 
– Nezami. Nezami sahl el T’araf – przedstawia się i pytająco wskazuje palcem na swego małego rozmówcę.

– Kage – odpowiada chłopiec, jednocześnie wyczuwając fałsz w swoim głosie. To przecież nie jest jego prawdziwe imię. Jak powinno brzmieć?

Mężczyzna zamyka oczy i po chwili przestaje oddychać.