niedziela, 27 listopada 2022

In memoriam - Feliks W. Kres 1966-2022

 

Był to prawdopodobnie pierwszy przeczytany przeze mnie tekst fantasy. Do tej pory czuję ciarki jak to czytam: 

 

„Koniec?

Gwałtowny wir powietrzny, rozpadający się przede mną. Człowiek. Kordolon.

Błysk. Skok! Zabiłem? Błysk.

Bięgnę. Kiedy wreszcie zrozumiałem

                        kiedy wreszcie rozumiem

                                   kiedy wreszcie rozumiem

                                               że nie żyję

że jestem martwy, martwy jak myśl oszołomionego pięknem pałacowego lokaja[…]”

 

i potem następuje  czterostronicowy, fascynujący, Joyceowski niemal strumień świadomości umierającego maga.

 Za to chyba już trochę zapomniane opowiadanie Feliks W. Kres otrzymał II nagrodę w pierwszym konkursie „Fantastyki”. Miał wtedy 17 lat. Myślę, że niewielu autorów mogłoby w tym wieku pochwalić się podobną warsztatową sprawnością.

Późniejsza twórczość Kresa wzbudzała we mnie uczucia nieco ambiwalentne (choć pamiętam, że bardzo podobało mi się „Puste niebo” opublikowane w Fenixie 2/1993). Wydane na początku lat 90tych pierwsze przymiarki do „Księg Całości” przeczytałem, i owszem, z zainteresowaniem, ale bez jakiegoś szczególnego entuzjazmu. Pochłonęły mnie już inne lektury – z mojego punktu widzenia atrakcyjniejsze intelektualnie, emocjonalnie, artystycznie. Proza spod niegdysiejszego znaku „Klubu Tfórców” – dążąca ku warsztatowej perfekcji, dopracowana, aż do bólu logiczna i realistyczna, ale pozbawiona tej odrobiny szaleństwa, niekiedy jakby – waham się, czy użyć tego słowa – bezduszna? – nie przemawiała do mnie aż tak bardzo jak teksty skupionych w tamtym czasie wokół NF poszukiwaczy nowych dróg – Huberatha, Żerdzińskiego, Dukaja, wreszcie, do pewnego stopnia, Sapkowskiego. Myślę jednak, że, z drugiej strony, nie do końca sprawiedliwe było stwierdzenie Tadeusza A. Olszańskiego  (w eseju Trzy serca i trzy pióra, NF 2/1996), który widział w Kresie jedynie post-howardiańskiego „piewcę przygody dla przygody, skrajnego egoizmu, oraz zupełnego bezsensu świata” (doceniając jednakże sam koncept Szerni i Szereru).

Mam też wrażenie, że – podobnie jak wielu innych utalentowanych polskich fantastów, zdecydowanie zbyt wielu – był Kres, mimo wszystko, pisarzem nie do końca zrealizowanego potencjału. Kto wie, być może gdyby jego wydawnicze perypetie ułożyły się w nieco inny sposób, pozostawiłby po sobie jeszcze bogatszy dorobek.

Ale i tak nie jest on mały. Szczęśliwie, Księga Całości jest wreszcie dostępna na rynku, no właśnie w całości (?) i istnieje nadzieja, że Autor jednak nie zostanie zapomniany. Warto też dodać, iż, jak słusznie zauważa to Arkady Salski w swoich felietonach (https://wpolityce.pl/kultura/247731-daleki-kres-on-jest-lepszy-niz-autor-gry-o-tron oraz https://www.facebook.com/Arkady-Saulski-Kolonia-Literacka-2322891804667283/photos/3067793163510473) był Kres prekursorsorem na skalę światową – wprowadził do fantasy potraktowany poważnie kontekst polityczny i socjologiczny, realnie opisaną historiozofię w całej swej bezwzględności, bliską naszej rzeczywistości psychologię wojny, okrutny pragmatyzm  „real-politik”, graniczący - z punktu widzenia czytelnika wychowanego na mitycznych fabułach Tolkiena i Le Guin – z nihilizmem, na długo zanim stało się to znakiem rozpoznawczym George’a R. R. Martina, Davida Gemmella, a później pisarzy takich jak bardzo modny obecnie Joe Abercrombie. Osobiście nigdy nie byłem fanem tego trendu, ze względów, którym być może kiedyś poświęcę osobny wpis. Trudno mi jednak nie docenić oryginalności i konsekwencji Kresa.

No i te koty w rynsztunku bojowym. Koty!

Jak zatem będę wspominał Feliksa W. Kresa? Przede wszystkim jako autora, który z pasją i na poważnie traktował stworzony przez siebie świat. Myślę, że paradoksalnie, w tym właśnie, bardzo przypominał Tolkiena. Najbardziej chyba spośród wszystkich polskich autorów fantasy. Tworzył swą oryginalną, mroczną rzeczywistość przez lata, z pieczołowitością, na serio, z obsesyjną wręcz dbałością o wiarygodność, nie zaniedbując żadnego z jego aspektów a i dorzucając parę całkiem nietuzinkowych pomysłów. W przeciwieństwie do wielu innych twórców fantasy (chyba większości) świat ten nie był jedynie pretekstem, miejscem gdzie rozgrywały się mniej lub bardziej dramatyczne przygody mniej lub bardziej interesujących bohaterów, lecz stanowił wartość sam w sobie. I świat ten (oraz bohaterów) pokochały tysiące czytelników, zarażonych pasją Autora.

Szczęśliwy pisarz, który doczeka się czegoś podobnego u kresu swej drogi.

     

„Oto śmierć Czarownika – pomyślał Kordolon, stojąc nad płonącym ciałem Deloa. – Podobno zwykły człowiek, gdy umiera, widzi w ciągu ułamka sekundy całe swoje życie, Czarownik zaś ogląda wydarzenia, które dopiero nastąpią…”

Odwrócił się i pomknął korytarzem w poszukiwaniu Deltreosa, którego obecność czuł w pobliżu. Nie widział, jak płonące ciało Deloa jeszcze raz otworzyło oczy, w których zabłysnął krótki okrzyk

                                   jego

                                               już

                                                           nie będzie sprzymierzeńcy

                                                                                              sprzy

                                                                       SPRZYMIERZEŃCY!!!