wtorek, 29 września 2026

Przywłaszczenie

 

No to wypadałoby już oficjalnie ogłosić: ukazał się właśnie kolejny Rocznik Fantastyczny (edycja 2025), a w nim, między (bardzo fajnymi) innymi, moje opowiadanko "Przywłaszczenie", tekścik który chyba spodoba się (taką mam w każdym bądź razie nadzieję) miłośnikom klasycznej fantastyki naukowej (choć oczywiście takiej bardziej soft). Rocznik w wersji papierowej (format fenixowy, choć jest zdecydowanie gruubiej) oraz elektronicznej kupicie w księgarni Wydawnictwo IX.

 

https://wydawnictwoix.pl/produkt/rocznik-fantastyczny-2026/ 

środa, 1 kwietnia 2026

Są drzwi!

 

Ukazał się właśnie Nr 33 Magazynu Biały Kruk „Na Wschód”, inspirowany Azją, a w nim moje pierwsze (choć mam nadzieję nie ostatnie) opublikowane w 2026 r. opowiadanie, „Są drzwi”. Serdeczne podziękowania dla całej ekipy "Białego Kruka", szczególnie zaś redaktorki tekstu, Martyny A. Niedźwiedź.
Zapraszam do lektury wszystkich zawartych w MBK tekstów; numer zapowiada się niezwykle interesująco. Link do bezpłatnego PDF znajdziecie w pierwszym komentarzu. Nadmieniam też, że od jakiegoś czasu MBK można nabyć również (z pewnym opóźnieniem) w wersji papierowej w księgarni internetowej Wydawnictwo IX.
 
Przy okazji uznałem, że skrobnę parę słów o mojej fascynacji Azją, no i o samym tekście.
 
Jakoś tak jest, że pewne miejsca, kultury, opowieści, przestrzenie pociągają nas bardziej od innych. Mnie akurat zawsze pociągała Azja – Japonia, Mongolia, Chiny, Tybet, Azja Centralna, ale też i trochę bliski wschód, z tym że raczej ten starożytny – Sumerowie, Babilończycy, Asyryjczycy, Persowie. Wszystko to – w mniej lub bardziej bezpośredni sposób – przebiło się i do mojej pisaniny.
Thriller metafizyczny „CK Monogatari” to przykład takiej właśnie bezpośredniej fascynacji Japonią. Protagonista mikropowieści „Paradiso” wędruje po krainie bliźniaczo podobnej do kirgiskich stepów (konkretnie do doliny Ałajskiej; przy okazji publikacji wrzucę pewnie kilka starych zeskanowanych slajdów). Opowiadanie „Dalej niż koniec drogi” („Nowa Fantastyka 1/2019”) to bezpośrednie nawiązanie do japońskiego filmu „Ballada o Narrayanie”.
 
Najpełniej jednak fascynację Azją (choć literacko i metaforycznie przefiltrowaną) oddaje chyba mój najobszerniejszy (w zamierzeniu) projekt fantasy czyli „Świat Błękitu”. Podzieliłem go na różne krainy, strefy zainspirowane określonymi kulturami Wschodu. Tak więc „Lśniące T’araf”, gdzie toczy się akcją „Są drzwi”, to trochę taka wyidealizowana mieszanka Bagdadu z „Opowieści z tysiąca i jednej nocy” oraz Czang’an z czasów świetności dynastii Tang. Postać enigmatycznego Astronoma (np. „Ciemność i Lustro”, „Fantazmaty” t.2) zainspirowana została osobą perskiego astronoma i poety Omara Chajjama. Madagor („Chłopiec i wiedźma”, „Nowa Fantastyka 4/2017”) to kontestowana przeze mnie dawna Japonia, ale chyba taka bardziej z okresu Heian niż z czasów rządów Tokugawów. Środkowy Step (choćby ‘Wyprawa Koj Choruna” – „Fantastyka Wydanie Specjalne 4/2017”) to z kolei Syberia i Mongolia. W „Dziedzictwie” („Fantastyka Wydanie Specjalne 3/2028”) wybrałem się jeszcze dalej na południe – do archipelagów jako żywo przypominających Oceanię.
 
Co ciekawe, nie opisałem nigdy żadnej krainy, która mogłaby się kojarzyć ze średniowieczną Europą a już zdecydowanie nie czuję mięty (delikatnie powiedziawszy) do klimatów prasłowiańskich. Cóż, tak bywa.
 
Parę słów konkretnie o „Są drzwi”. Tekst ten jest w zasadzie odpryskiem większego projektu, który miał stanowić nową „zerową” część zresetowanej i napisanej zupełnie od nowa „Teraii” (ostatecznie zdecydowałem się nie podpisywać umowy z moim ówczesnym wydawcą). Projekt ten (pod roboczym tytułem „Skrawek czerni”) składał się z czterech opowieści połączonych osobą protagonistki – Kali. Dwie krótsze – „Dziedzictwo” oraz „Ciemność i Lustro”, jak już wzmiankowałem, zostały opublikowane w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym” oraz w „Fantazmatach”.
 
We wszystkich tych tekstach wprowadziłem specyficzną strategię narracyjną. Choć teoretycznie główną protagonistką była właśnie Kala, to przez większość czasu oglądaliśmy ją oczami „protagonisty towarzyszącego”. W najdłuższej opowieści z serii, w „Krzyku”, taką właśnie „protagonistką towarzyszącą” była bohaterka „Są drzwi”, piękna i niebezpieczna Rawana. W opowiadaniu poznajemy fragment zawiłej i burzliwej przeszłości tej postaci.
 
Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was tymi skomplikowanymi wywodami i zapraszam do lektury!

środa, 28 stycznia 2026

Planeta Nostalgia – Magazyn Literacki Fenix (1990-2001).

 

Przy smutnej okazji zawieszenia „Snów umarłych” zebrało mi się, a jakże, na dziaderskie nostalgiczne wspominki (po prawdzie to do tego akurat niewiele mi trzeba; nostalgia zżerała mnie już jako 10-latka i tak pozostało;). Uznałem zatem, że poświęcę osobny wpis magazynowi „Fenix”, który odegrał tak istotną rolę w moim czytelniczym i autorskim życiu.
 
Wpis ten ma charakter osobisty, nie encyklopedyczny, nie będę więc przepisywał wszystkich danych z Wikipedii ani ze stopek czasopisma, wspomnę tylko tytułem wstępu, iż w latach 1990-2001 ukazało się ogółem 107 numerów, co zapewnia „Fenixowi” zaszczytne drugie miejsce po „F/NF” wśród polskich pism fantastycznych (na trzecim i czwartym, z tego co kojarzę, znajdują się „Science Fiction” i „Magazyn Fantastyczny”). Nie będę też wymieniał wszystkich osób zaangażowanych w tworzenie magazynu, zaryzykuję jednak tezę, iż kluczowe znaczenie w kształtowaniu profilu pisma odegrali zwłaszcza redaktor działu prozy polskiej Jarosław Grzędowicz oraz redaktor działu prozy zagranicznej Krzysztof Sokołowski (pod koniec istnienia pisma funkcję tę pełnił Andrzej Miszkurka z MAGa).
 
Istnienie niepozornego, kieszonkowego, czarno-białego „Fenixa” przesączało się do mojej świadomości powoli; myślę że mając jako punkt odniesienia już wówczas legendarną, częściowo przynajmniej kolorową i dominującą swym formatem A4 „Nową Fantastykę” łatwo było go przeoczyć i zlekceważyć.
 
Niesłusznie. Teraz doceniam wygodny format tego małego rozmiarami ale wielkiego duchem pisma. A brak kolorów? Cóż, aż tak bardzo nie przeszkadzał komuś, kto koncentrował się głównie na treści. Wręcz nie pozwalał się rozpraszać.
 
Pierwszy numer magazynu, jaki nabyłem, to 7/1992 z dość, po prawdzie, tandetną okładką (chyba nawet ciut się przez tę okładkę zawahałem). Ale zawartość mnie nie rozczarowała. W środku znalazły się, m. in., trzy typowo „Fenixowe”, lekkie i rozrywkowe, ale ładnie napisane teksty, do których z sentymentem ciągle powracam: „Kraina Wulkanów” Piotra Górskiego, „Krótkie wprowadzenie do dziejów Tairen” Walentyny Trzcińskiej oraz „Czas Tańczącego Smoka” Jacka Piekary. Od tamtej pory kupowałem „Fenixa” regularnie.
 
„Fenix” był w historii polskiej fantastyki jedynym chyba projektem, który potrafił nawiązać wyrównaną, nazwijmy to, walkę konkurencyjną (i po trosze ideową – tak to były czasy, gdy ludzie rajcowali się takimi rzeczami) z „Nową Fantastyką” i zachwiać jej pozycją monopolisty. Wyszło to z pożytkiem dla obu pism, dla autorów (którzy mieli poważną, profesjonalną alternatywę w przypadku, gdy „NF” z tych czy innych względów odrzucała ich teksty) i wreszcie dla czytelników (nieskazanych na jeden li tylko gust redaktorski). To zaistnienie tej właśnie konkurencji nadało sensowne ramy wielu interesującym dialogom, dyskursom czy też sporom, jakie toczyły się wówczas w środowisku polskiej fantastyki.
 
Najgłośniejsze były chyba jednak właśnie owe spory, zwłaszcza legendarny spór pomiędzy fantastyką, nazwijmy to, „eksperymentalną”, nowatorską, lansowaną przez Macieja Parowskiego, a fantastyką tzw. „rozrywkową”, perfekcyjnie dopracowaną warsztatowo, profesjonalną, o którą walczyło środowisko „Fenixa”. Kto miał rację? Dziś z perspektywy czasu widać chyba wyraźniej, że, w pewnym sensie, obie strony. I myślę, że obie strony pogodziłby też obecny rynek – po części nieistniejący, po części zinfantylizowany, skomercjalizowany do granic absurdu, skrojony pod bezkrytyczne zaspokajanie gustów najmniej wyrobionego czytelnika i nastawiony głównie na monetyzację bieżących trendów.
 
Dla autorów i czytelników ta polemika na gusty i polityki redakcyjne Macieja Parowskiego i Jarosława Grzędowicza była jednak korzystna; obaj położyli ogromne zasługi. Maciej Parowski był redaktorem opętanym swoimi idee fixe, miał ambicje niejako „współtworzenia” młodej polskiej fantastyki, popychania jej w określonym przez siebie kierunku. Jarosław Grzędowicz reprezentował z kolei bardziej eklektyczny gust – publikował po prostu teksty (tylko a może aż) dobre warsztatowo. Choć to Parowski wylansował Huberatha, Żerdzińskiego, Dukaja czy Sapkowskiego (gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że w zasadzie w latach 80-tych, kiedy „Fenix” jeszcze nie zaistniał), to polityka Grzędowicza zawsze była bliższa memu sercu i oddawała chyba w większym stopniu sprawiedliwość bogactwu polskiej fantastyki.
 
Nie można zapominać, że „Fenix” publikował również prozę zagraniczną i z mojego punktu widzenia ukazało się tam więcej ciekawych tekstów niż w analogicznym okresie w „NF”. To właśnie dzięki „Fenixowi” poznałem bliżej nowelistyczną twórczość Roberta Silverberga, Waltera Jona Williamsa, Kathe Koji, Raya Bradburego, Alastaira Reynoldsa, Patricci McKillip czy Stephena Baxtera. Wyraźnie słabszy w mojej ocenie był natomiast „Fenix” w porównaniu z „NF” od strony publicystycznej (choć znów, gwoli sprawiedliwości, uważam że obecna „NF” w tej akurat dziedzinie też przegrywa z niegdysiejszą).
 
Fajną rzeczą było również to, że w „Fenixie” regularnie ukazywały się mikropowieści, zarówno polskie jak i zagraniczne. Mówię to nieco interesownie, jako autor, który celuje właśnie w utworach o objętości około 100k znaków i ciut powyżej;)
 
Posiadam kolekcję niemal wszystkich numerów „Fenixa”; regularnie do nich powracam przypominając sobie teksty kiedyś przeczytane, ale i wciąż odkrywając takie, które po prostu z jakiś względów przeoczyłem;)
 
Żadnego pisma, nawet „Fantastyki” (od której przecież zaczęła się moja czytelnicza przygoda z fantastyką) nie darzę aż takim sentymentem i żadne inne logo ani okładka nie wzbudza we mnie aż takiej nostalgii. To tam zadebiutowałem (a potem opublikowałem jeszcze trzy inne teksty, i pewnie, gdyby magazyn nie upadł, publikowałbym kolejne). To właśnie „Fenix” na zawsze pozostanie już moim prywatnym, dziaderskim symbolem „starych, dobrych czasów”.
 
Na koniec pozwólcie, że przypomnę chyba bardziej jeszcze niż kiedykolwiek aktualne słowa Jarosława Grzędowicza z ostatniego numeru magazynu:
 
„Trudno dyskutować o rynku, zwłaszcza w takim stanie jak obecny. Konkurencja to dobra rzecz, jednak konkurencja powinna pozostawiać konsumentom jakiś wybór, bowiem „największy” nie zawsze oznacza „najlepszy”. Trudno, żeby mała restauracja konkurowała skutecznie z Mac Donaldem. Natomiast świat, w którym istnieją tylko Mac Donaldy, Big Brother i tylko to, co najpospolitsze, będzie smutnym światem. Pozbawionym możliwości wyboru”.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Szósta fala czyli lepiej późno niż później czyli powrót do źródeł czyli zwierzenia starego dinozaura czyli frajda z pisania opowiadań.


 
 
Content warning: niniejszy wpis ma w dużej mierze charakter osobisty, wspomnieniowy, konfesyjny, egocentryczny i nieznośnie sentymentalny.
 
 
Obecny rok kończę ostatecznie z 5 opublikowanymi opowiadaniami, co stanowi w moim przypadku absolutny rekord (wiem, wiem daleko mi choćby do takiego Silverberga;) Przy tej okazji postanowiłem pochylić się nad przeszłością i dokonać pewnych osobistych rozliczeń. Otóż, zdałem sobie z niejakim zaskoczeniem sprawę, że przez większość swojego życia w zasadzie nie pisałem opowiadań. W każdym bądź razie – nie w sposób regularny i systematyczny. Co ciekawe, jeśli już mi się to przydarzało, to produkowałem je nagłymi zrywami, falami, pomiędzy którymi następowały nieraz bardzo długie odstępy.
 
A przecież właśnie od opowiadań rozpoczęła się moja przygoda z fantastyką. Od opowiadań, którymi zaczytywałem się w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych polując na „Fantastykę” „Kroki w nieznane” czy „Rakietowe szlaki”. I od pierwszych własnych grafomańskich kawałków, które bazgrałem odręcznie długopisem w zeszytach 32 i 64 kartkowych w kratkę, a później z mozołem przepisywałem na maszynie do pisania należącej do mojej matki.
 
W zeszłym roku, porządkując różne śmieci dogrzebałem się do tych wstydliwych archiwów i ustaliłem, że pierwsza fala mojej obsesji przypadła na lata 1984-1986, kiedy to wyprodukowałem w sumie aż 13 literackich potworków – kompletny zbiór! Przez lata z zażenowaniem ukrywałem je sam przed sobą, aby całkiem nie zwątpić w tą krztę talentu, jaką, jak mi się zdawało, zostałem obdarzony, ale w końcu stwierdziłem, że teraz, na jesieni życia, jestem w stanie śmiać się z nich, bez wielkiego poczucia winy względem nieszczęsnych drzew, które posłużyły do produkcji papieru (w dzisiejszych czasach, trzeba to przyznać, grafomania jest mniej szkodliwa dla środowiska naturalnego). Wśród tekstów tych znalazły się i pseudo-space opery i pseudo-eksploracyjne SF, a nawet opowiadania pseudo-dickowskie. Te jakże oryginalne utwory moje nastoletnie ja opatrywało równie oryginalnymi tytułami typu: „Sygnał z Sol”, „Pojedynek wśród gwiezdnych bezdroży” czy też „Gry podświadomości” (choć w tym ostatnim natrafiłem akurat na zdanko, które mi się autentycznie spodobało: „na środku pokoju pojawił się kapłan Alkomar, przybrawszy swą odświętną konsystencję”). 
 
Druga fala mojej radosnej grafomańskiej działalności nowelistycznej przypadła na lata 1992-1993, kiedy to powstało 6 mniej może wtórnych, ale za to o wiele bardziej pretensjonalnych tekstów z gatunku hm… powiedzmy dark fantasy albo młodzieńczej fantastyki metafizycznej o tytułach w stylu „Powrót czarnoksiężnika” czy „Gasnące światło Pandemonium” (to ostatnie zainspirowane „Rajem utraconym” Miltona).
 
Trzecia fala nastąpiła po krótkiej przerwie w roku 1995, kiedy to nieoczekiwanie dla siebie samego stworzyłem 4 w miarę drukowalne teksty fantasy (z perspektywy czasu fakt ten napawa mnie jeszcze większym zdumieniem niż wówczas). Dwa krótsze zostały opublikowane w „Fenixie”, a na dwa dłuższe miałem nawet w pewnym momencie podpisaną umowę z dużym wydawnictwem (ostatecznie nigdy nie została skonsumowana, ale zatrzymałem zaliczkę w wysokości całych 900 zł). Potem w 1998 i 1999r napisałem jeszcze po tekście w konwencji bardziej zbliżonej do SF (również zostały opublikowane w „Fenixie”). 
 
Wydawało się zatem, że skoro osiągnąłem poziom względnej drukowalności, to pójdę za ciosem. Zwłaszcza, że choć nieodżałowany „Fenix” zakończył działalność w roku 2001, to wkrótce powstało kilka innych pism.
 
Otóż, nic z tych rzeczy. Kolejne opowiadanie wyprodukowałem dopiero w 2011 r, po dwunastoletniej przerwie. Były to „Trzy spotkania Księdza Marka z demonem”, wysłane na konkurs Wydawnictwa Paperback „Science Fiction po Polsku”. Do dziś nie bardzo rozumiem skąd wzięła się ta metafizyczna pauza. Fakt, w tym czasie intensywnie prowadziłem małą firmę, robiłem doktorat, podróżowałem po świecie, zakładałem rodzinę, wreszcie pracowałem nad „CK Monogatari”, ale mimo wszystko…
A potem znów przerwa, tym razem krótsza, bo zaledwie pięcioletnia. W latach 2016-2018 napisałem 5 opowiadań (choć „Dziedzictwo” to właściwie mikropowieść). Nazwijmy to czwartą falą. Dwa ukazały się w „NF”, dwa kolejne w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym”, jedno w „Fantazmatach”. Poza „Dalej niż koniec drogi’ wszystkie te teksty należały jednak do uniwersum „Świata Błękitu”, w ograniczonym stopniu były więc „autonomicznymi” projektami.
 
Kolejna krótka przerwa i w latach 2020-2022 znów wyprodukowałem 3 dłuższe opowiadania czy też nowelki, powiedzmy soft SF (piąta fala?). Potem znów półtoraroczna przerwa i w związku z reanimacją „Rocznika Fantastycznego” postanowiłem napisać nietypowego dla siebie szorciaka – niespełna 20k znaków. Jak się okazało, był to początek szóstej fali. Niespodziewanie największej ze wszystkich.
 
Od grudnia 2022 r. do września 2025 r. wyprodukowałem w sumie 19 bardzo różnych tekstów, najdłuższy liczył sobie 100k, najkrótszy 17k. Czułem się z tym całkiem fajnie, zupełnie jakbym na nowo przeżywał swą naiwną młodzieńczą pasję, tyle że jednak z ciut lepszymi zrozumieniem tego co robię. Jeden z tych tekstów sam w końcu odrzuciłem (wydał mi się zbyt dziwaczny i hermetyczny), ale pozostałe wyszły chyba w miarę ok. Jeden został opublikowany w „Nowej Fantastyce, trzy w kolejnych „Rocznikach Fantastycznych”, dwa w antologiach „Sny umarłych”, po jednym w „Fantazmatach” i „Magazynie Biały Kruk”. Pięć kolejnych zostało przyjętych i cierpliwie czeka na publikację. Pozostała piątka (wraz z trzema nowelkami napisanymi w latach 2020-2022) nadal szuka swojego miejsca w świecie, ale kto wie, może kiedyś je odnajdzie;) Myślę, że szesnastolatek gdzieś w głębi mnie jest nareszcie usatysfakcjonowany. Co istotne, nadal mam sporo pomysłów na opowiadania i przynajmniej z daleka wydają mi się one interesujące. Teraz pozostaje już tylko kwestia czasu, motywacji no i, rzecz jasna, miejsc, gdzie mógłbym je potencjalnie wysłać.
 
Co najważniejsze jednak, zrozumiałem wreszcie w pełni, jak wielką frajdę daje pisanie opowiadań z gatunku szeroko pojętej fantastyki. Opowiadania nie są tak (czasowo, logistycznie i motywacyjnie) wymagającymi projektami jak powieści, ale każde z nich jednak również daje szansę na kreację całkiem osobnego świata. Szansę na testowanie fabuł, postaci i dylematów w bardziej swobodnym, niezobowiązującym trybie. Na kontemplowanie dziwności Wszechświata na dziesiątki rozmaitych sposób. Na bezceremonialne przeskakiwanie z tematu na temat i ze stylu na styl. Albo, dla odmiany, na odgrywanie podobnych tematów na różnych literackich instrumentach. Możemy tu sobie pozwolić na ryzyko, eksperymenty i szaleństwa, bez lęku, że zrobimy coś nie tak i zniszczymy roczny czy dwuletni projekt. Jak już to kiedyś pisałem – w obecnych absurdalnie skomercjalizowanych czasach to właśnie opowiadania, nie powieści, często stanowią ostatni bastion autorskiej autonomii.
 
Nie znaczy to, że nie doceniam zalet powieści (mam zresztą nadzieję, że niejedną jeszcze napiszę). Ale wydaje mi się, że właśnie czytanie i pisanie opowiadań w najbardziej spektakularny, bezpośredni i namacalny sposób pozwala doświadczyć całego bogactwa fantastyki: uzmysłowić sobie w pełni jak gigantyczny potencjał oferuje ona zarówno czytelnikom jak i autorom. Poczuć tę wolność. Z dziecięcą fascynacją, szybciej niż światło przemieszczać się pomiędzy tysiącami odmiennych, fascynujących światów.
 
Szczęśliwego Nowego Roku i do zobaczenia wkrótce!

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Implozja

 „Implozja” to ostatnie z pięciu opowiadań jakie udało mi się opublikować w 2025r. i zarazem mój debiut w „

 Cóż, gdyby jeszcze rok temu ktoś nakazał mi spisać listę rzeczy, o których raczej nigdy nie napiszę, to bez wątpienia zarówno dinozaury jak i podróże w czasie zajęły by na niej wysokie pozycje. Nie dlatego, że uważam te motywy za mało interesujące, wręcz przeciwnie, ale dlatego że, moim zdaniem, zostały już one wystarczająco wyeksploatowane przez Autorów znacznie zdolniejszych ode mnie, i że nie miałbym tu nic ciekawego do dodania (na przykład moją ulubioną opowieścią o podróżach w czasie jest chyba „Palimpsest” Charlesa Strossa, będący z kolei pewnego rodzaju przeróbką „Końca wieczności” Isaaca Asimova).
 
A jednak… Nieco wcześniej tego roku odświeżyłem sobie uroczą ramotkę Roberta F. Younga „Kiedy czas był młody”, potem zaś przeczytałem „Bones of the Earth” Michaela Swanwicka (niestety, nie doczekało się chyba polskiego wydania). Zainspirował mnie zwłaszcza Swanwick, który pod pretekstem opowieści o podróżach w czasie i dinozaurach, snuje szerszą refleksję na temat nauki i historii. Zdałem sobie sprawę, że można pójść podobnym tropem i postanowiłem wyprodukować opowiadanie o naturze ludzkiej, ekologii i fatalizmie dziejów. Takim fatalizmie w skali makro. Tak czy inaczej, skoro tylko w mej mózgownicy pojawiła się nazwa „Greenwar”, wiedziałem, że muszę dokończyć ten projekt;)
 
Cóż, sami ocenicie, jak wyszło. Serdecznie zapraszam do lektury „Implozji” oraz pozostałych tekstów z numeru 32 „Magazynu Biały Kruk”.
 

P.S. Serdeczne podziękowania dla całego zespołu redakcyjnego ze szczególnym uwzględnieniem Anety Stawiszyńskiej-Marciniak.

piątek, 19 grudnia 2025

Lepszy świat

 

Niby miałem zaczekać z tym wpisem, dopóki „Sny Umarłych 2025” nie znajdą się fizycznie w moich łapskach, ale doszedłem do wniosku, że skoro w sumie nie wiem, kiedy to dokładnie nastąpi, a książka jest już od jakiegoś czasu w przedsprzedaży, zaś na dodatek rok też się jakby kończy, to w sumie nie ma na co dłużej czekać;)
 
Zanim jednak zaczniemy:
o swoim spojrzeniu na Weird i o cyklicznej antologii Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction pisałem tutaj.
 
…natomiast o moim opowiadaniu „Fragmenty”, opublikowanym w zeszłorocznej antologii „Sny Umarłych 2024” przeczytacie tutaj.
 
Teraz pora zatem na kilka słów o „Lepszym świecie”.
Choć na pierwszy rzut oka obu moich „weirdowych” opowiadań nie łączy wiele (poza rzecz jasna weirdową stylistyką), to ja sam lubię o nich myśleć jako o pewnego rodzaju „dylogii”. W istocie, kluczowa dla „Lepszego świata” koncepcja („trans”) a także (bardzo zamglone) zalążki postaci, która przekształciła się ostatecznie w Maję, gdzieś mi tam mignęły z tyłu czaszki już podczas wymyślania „Fragmentów” – można nawet powiedzieć, że stanowiły coś w rodzaju porzuconego tropu. Ostatecznie podjąłem go na nowo niecały rok później.
 
Protagonista „Lepszego świata”, Łukasz, jest też w moich oczach troszeczkę kontynuacją Roberta Kleina – może nie dorosłego analityka, który tak bezwzględnie przesłuchiwał nieszczęsnego Loendla czy wdawał się w wyrafinowane dysputy z kardynałem Moravią, ale zbuntowanego, rozdzieranego emocjami dwunastolatka z otwierającej sceny, który uciekał na plażę, aby kontemplować dziwność świata…
 
Myślę, że często mi się to zdarza jako autorowi: choć poszczególne teksty niby nie wiążą się ze sobą fabularnie, to coś jednak powraca i jest kontynuowane: niezwerbalizowana do końca myśl; podskórna melodia; mglista, skryta emocja; odległy refren… Taka jest chyba właśnie wizja literatury, jaką chciałbym tworzyć;)
 
Nie będę rozstrzygał, które z tych opowiadań jest lepsze – pomijając, że takie rozważania/porównania są bezsensowne bo/i wszystko zależy od przyjętego punktu widzenia. Prywatnie muszę jednak wyznać, że chyba lubię „Lepszy świat” bardziej niż „Fragmenty”. Dlaczego? Po pierwsze tekst ten – choć bardziej kameralny – wydaje mi się ciekawszy literacko, bardziej złożony, zapętlony fabularnie (i, co tu dużo ukrywać, miałem przy jego pisaniu większą frajdę). Po drugie, konflikt we wnętrzu protagonisty wydaje mi się bardziej emocjonalny, „soczysty”.
Tak, czy owak, mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zapraszam do lektury „Lepszego świata” i wszystkich pozostałych opowiadań z antologii.
 
Do zakupienia na stronie Wydawnictwo IX:

wtorek, 25 listopada 2025

"Inferno" - antologia "O podbojach sfer niebieskich"

Warto było czekać! Piękna okładka autorstwa Mariusza Ferenca (autorką grafiki promocyjnej jest z kolei Wiktoria Makowska). Już ostrzę sobie zęby na limitowaną wersję papierową.

Serdeczne podziękowania dla całej ekipy Fantazmatów, przede wszystkim zaś mojej wspaniałej fantazmatowej redaktorki – Anety Stawiszyńskiej- Marciniak. Pozdrowienia i gratulacje dla pozostałych Autorów i Autorek – Marek Kolenda – znowu razem! Zaraz z ekscytacją zasiadam do lektury antologii;)

Moje „Inferno” ją zamyka. Ze wszystkich opowiadań opublikowanych przeze mnie w ostatnich latach to jest chyba najbardziej – jeśli ośmielę się tak to nazwać – „laisenowskie”, czyli powracam tutaj do „korzeni” i tego co było znakiem firmowym moich tekstów publikowanych przed laty w „Fenixie”. Jak każdy (chyba) autor bywam egotyczny i lubię czytać wzmianki (zwłaszcza pozytywne;)) na swój temat. Kiedyś na profilu Genius Creations przy okazji publikacji antologii tegoż wydawnictwa scharakteryzowano mój styl mniej więcej następująco: „Jeśli istnieje prosta droga wiodąca z punktu A do punktu B, to możecie być pewni, że nasz znajomy autor uczyni wszystko, by nią nie podążyć”. 

„Inferno” to właśnie jeden z takich tekstów. Mamy więc dwie równoległe (i na pozór nie związane ze sobą) narracje, zaburzoną chronologię i kilka dziwnych pomysłów rodem z fizyki kwantowej. Czyli takie soft-quantum-philosophical-SF. Mam nadzieję, że dacie mu szansę i dotrwacie wraz z Mardu i Secograthem aż do samego końca;) 

Jest to także opowieść o wojnie toczącej się za naszą wschodnią granicą. Muszę wyznać, że kiedy – już ponad dwa i pół roku temu – pisałem to opowiadanie, moje nastroje były mimo wszystko nieco bardziej optymistyczne. Mam wrażenie, że od tego czasu Inferno jeszcze bardziej stało się Infernem zaś nieliczne envaiony – kwanty sensu, jakie zaplątały się do naszej rzeczywistości powróciły już dawno do swego macierzystego wszechświata.

Trzymam za ciebie kciuki, Secograthie z gniazda Leh i za wszystkich tych, którzy walczą wraz z Tobą.

P. S. „Inferno” jest też pierwszym z luźnej trylogii tekstów powiązanych co prawda nie tyle fabularnie czy ontologicznie co raczej tematycznie. Mam nadzieję, że „Purgatorio” i „Paradiso” też doczekają się publikacji.

 

Link do antologii: O Podbojach Sfer Niebieskich