środa, 28 stycznia 2026

Planeta Nostalgia – Magazyn Literacki Fenix (1990-2001).

 

Przy smutnej okazji zawieszenia „Snów umarłych” zebrało mi się, a jakże, na dziaderskie nostalgiczne wspominki (po prawdzie to do tego akurat niewiele mi trzeba; nostalgia zżerała mnie już jako 10-latka i tak pozostało;). Uznałem zatem, że poświęcę osobny wpis magazynowi „Fenix”, który odegrał tak istotną rolę w moim czytelniczym i autorskim życiu.
 
Wpis ten ma charakter osobisty, nie encyklopedyczny, nie będę więc przepisywał wszystkich danych z Wikipedii ani ze stopek czasopisma, wspomnę tylko tytułem wstępu, iż w latach 1990-2001 ukazało się ogółem 107 numerów, co zapewnia „Fenixowi” zaszczytne drugie miejsce po „F/NF” wśród polskich pism fantastycznych (na trzecim i czwartym, z tego co kojarzę, znajdują się „Science Fiction” i „Magazyn Fantastyczny”). Nie będę też wymieniał wszystkich osób zaangażowanych w tworzenie magazynu, zaryzykuję jednak tezę, iż kluczowe znaczenie w kształtowaniu profilu pisma odegrali zwłaszcza redaktor działu prozy polskiej Jarosław Grzędowicz oraz redaktor działu prozy zagranicznej Krzysztof Sokołowski (pod koniec istnienia pisma funkcję tę pełnił Andrzej Miszkurka z MAGa).
 
Istnienie niepozornego, kieszonkowego, czarno-białego „Fenixa” przesączało się do mojej świadomości powoli; myślę że mając jako punkt odniesienia już wówczas legendarną, częściowo przynajmniej kolorową i dominującą swym formatem A4 „Nową Fantastykę” łatwo było go przeoczyć i zlekceważyć.
 
Niesłusznie. Teraz doceniam wygodny format tego małego rozmiarami ale wielkiego duchem pisma. A brak kolorów? Cóż, aż tak bardzo nie przeszkadzał komuś, kto koncentrował się głównie na treści. Wręcz nie pozwalał się rozpraszać.
 
Pierwszy numer magazynu, jaki nabyłem, to 7/1992 z dość, po prawdzie, tandetną okładką (chyba nawet ciut się przez tę okładkę zawahałem). Ale zawartość mnie nie rozczarowała. W środku znalazły się, m. in., trzy typowo „Fenixowe”, lekkie i rozrywkowe, ale ładnie napisane teksty, do których z sentymentem ciągle powracam: „Kraina Wulkanów” Piotra Górskiego, „Krótkie wprowadzenie do dziejów Tairen” Walentyny Trzcińskiej oraz „Czas Tańczącego Smoka” Jacka Piekary. Od tamtej pory kupowałem „Fenixa” regularnie.
 
„Fenix” był w historii polskiej fantastyki jedynym chyba projektem, który potrafił nawiązać wyrównaną, nazwijmy to, walkę konkurencyjną (i po trosze ideową – tak to były czasy, gdy ludzie rajcowali się takimi rzeczami) z „Nową Fantastyką” i zachwiać jej pozycją monopolisty. Wyszło to z pożytkiem dla obu pism, dla autorów (którzy mieli poważną, profesjonalną alternatywę w przypadku, gdy „NF” z tych czy innych względów odrzucała ich teksty) i wreszcie dla czytelników (nieskazanych na jeden li tylko gust redaktorski). To zaistnienie tej właśnie konkurencji nadało sensowne ramy wielu interesującym dialogom, dyskursom czy też sporom, jakie toczyły się wówczas w środowisku polskiej fantastyki.
 
Najgłośniejsze były chyba jednak właśnie owe spory, zwłaszcza legendarny spór pomiędzy fantastyką, nazwijmy to, „eksperymentalną”, nowatorską, lansowaną przez Macieja Parowskiego, a fantastyką tzw. „rozrywkową”, perfekcyjnie dopracowaną warsztatowo, profesjonalną, o którą walczyło środowisko „Fenixa”. Kto miał rację? Dziś z perspektywy czasu widać chyba wyraźniej, że, w pewnym sensie, obie strony. I myślę, że obie strony pogodziłby też obecny rynek – po części nieistniejący, po części zinfantylizowany, skomercjalizowany do granic absurdu, skrojony pod bezkrytyczne zaspokajanie gustów najmniej wyrobionego czytelnika i nastawiony głównie na monetyzację bieżących trendów.
 
Dla autorów i czytelników ta polemika na gusty i polityki redakcyjne Macieja Parowskiego i Jarosława Grzędowicza była jednak korzystna; obaj położyli ogromne zasługi. Maciej Parowski był redaktorem opętanym swoimi idee fixe, miał ambicje niejako „współtworzenia” młodej polskiej fantastyki, popychania jej w określonym przez siebie kierunku. Jarosław Grzędowicz reprezentował z kolei bardziej eklektyczny gust – publikował po prostu teksty (tylko a może aż) dobre warsztatowo. Choć to Parowski wylansował Huberatha, Żerdzińskiego, Dukaja czy Sapkowskiego (gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że w zasadzie w latach 80-tych, kiedy „Fenix” jeszcze nie zaistniał), to polityka Grzędowicza zawsze była bliższa memu sercu i oddawała chyba w większym stopniu sprawiedliwość bogactwu polskiej fantastyki.
 
Nie można zapominać, że „Fenix” publikował również prozę zagraniczną i z mojego punktu widzenia ukazało się tam więcej ciekawych tekstów niż w analogicznym okresie w „NF”. To właśnie dzięki „Fenixowi” poznałem bliżej nowelistyczną twórczość Roberta Silverberga, Waltera Jona Williamsa, Kathe Koji, Raya Bradburego, Alastaira Reynoldsa, Patricci McKillip czy Stephena Baxtera. Wyraźnie słabszy w mojej ocenie był natomiast „Fenix” w porównaniu z „NF” od strony publicystycznej (choć znów, gwoli sprawiedliwości, uważam że obecna „NF” w tej akurat dziedzinie też przegrywa z niegdysiejszą).
 
Fajną rzeczą było również to, że w „Fenixie” regularnie ukazywały się mikropowieści, zarówno polskie jak i zagraniczne. Mówię to nieco interesownie, jako autor, który celuje właśnie w utworach o objętości około 100k znaków i ciut powyżej;)
 
Posiadam kolekcję niemal wszystkich numerów „Fenixa”; regularnie do nich powracam przypominając sobie teksty kiedyś przeczytane, ale i wciąż odkrywając takie, które po prostu z jakiś względów przeoczyłem;)
 
Żadnego pisma, nawet „Fantastyki” (od której przecież zaczęła się moja czytelnicza przygoda z fantastyką) nie darzę aż takim sentymentem i żadne inne logo ani okładka nie wzbudza we mnie aż takiej nostalgii. To tam zadebiutowałem (a potem opublikowałem jeszcze trzy inne teksty, i pewnie, gdyby magazyn nie upadł, publikowałbym kolejne). To właśnie „Fenix” na zawsze pozostanie już moim prywatnym, dziaderskim symbolem „starych, dobrych czasów”.
 
Na koniec pozwólcie, że przypomnę chyba bardziej jeszcze niż kiedykolwiek aktualne słowa Jarosława Grzędowicza z ostatniego numeru magazynu:
 
„Trudno dyskutować o rynku, zwłaszcza w takim stanie jak obecny. Konkurencja to dobra rzecz, jednak konkurencja powinna pozostawiać konsumentom jakiś wybór, bowiem „największy” nie zawsze oznacza „najlepszy”. Trudno, żeby mała restauracja konkurowała skutecznie z Mac Donaldem. Natomiast świat, w którym istnieją tylko Mac Donaldy, Big Brother i tylko to, co najpospolitsze, będzie smutnym światem. Pozbawionym możliwości wyboru”.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Szósta fala czyli lepiej późno niż później czyli powrót do źródeł czyli zwierzenia starego dinozaura czyli frajda z pisania opowiadań.


 
 
Content warning: niniejszy wpis ma w dużej mierze charakter osobisty, wspomnieniowy, konfesyjny, egocentryczny i nieznośnie sentymentalny.
 
 
Obecny rok kończę ostatecznie z 5 opublikowanymi opowiadaniami, co stanowi w moim przypadku absolutny rekord (wiem, wiem daleko mi choćby do takiego Silverberga;) Przy tej okazji postanowiłem pochylić się nad przeszłością i dokonać pewnych osobistych rozliczeń. Otóż, zdałem sobie z niejakim zaskoczeniem sprawę, że przez większość swojego życia w zasadzie nie pisałem opowiadań. W każdym bądź razie – nie w sposób regularny i systematyczny. Co ciekawe, jeśli już mi się to przydarzało, to produkowałem je nagłymi zrywami, falami, pomiędzy którymi następowały nieraz bardzo długie odstępy.
 
A przecież właśnie od opowiadań rozpoczęła się moja przygoda z fantastyką. Od opowiadań, którymi zaczytywałem się w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych polując na „Fantastykę” „Kroki w nieznane” czy „Rakietowe szlaki”. I od pierwszych własnych grafomańskich kawałków, które bazgrałem odręcznie długopisem w zeszytach 32 i 64 kartkowych w kratkę, a później z mozołem przepisywałem na maszynie do pisania należącej do mojej matki.
 
W zeszłym roku, porządkując różne śmieci dogrzebałem się do tych wstydliwych archiwów i ustaliłem, że pierwsza fala mojej obsesji przypadła na lata 1984-1986, kiedy to wyprodukowałem w sumie aż 13 literackich potworków – kompletny zbiór! Przez lata z zażenowaniem ukrywałem je sam przed sobą, aby całkiem nie zwątpić w tą krztę talentu, jaką, jak mi się zdawało, zostałem obdarzony, ale w końcu stwierdziłem, że teraz, na jesieni życia, jestem w stanie śmiać się z nich, bez wielkiego poczucia winy względem nieszczęsnych drzew, które posłużyły do produkcji papieru (w dzisiejszych czasach, trzeba to przyznać, grafomania jest mniej szkodliwa dla środowiska naturalnego). Wśród tekstów tych znalazły się i pseudo-space opery i pseudo-eksploracyjne SF, a nawet opowiadania pseudo-dickowskie. Te jakże oryginalne utwory moje nastoletnie ja opatrywało równie oryginalnymi tytułami typu: „Sygnał z Sol”, „Pojedynek wśród gwiezdnych bezdroży” czy też „Gry podświadomości” (choć w tym ostatnim natrafiłem akurat na zdanko, które mi się autentycznie spodobało: „na środku pokoju pojawił się kapłan Alkomar, przybrawszy swą odświętną konsystencję”). 
 
Druga fala mojej radosnej grafomańskiej działalności nowelistycznej przypadła na lata 1992-1993, kiedy to powstało 6 mniej może wtórnych, ale za to o wiele bardziej pretensjonalnych tekstów z gatunku hm… powiedzmy dark fantasy albo młodzieńczej fantastyki metafizycznej o tytułach w stylu „Powrót czarnoksiężnika” czy „Gasnące światło Pandemonium” (to ostatnie zainspirowane „Rajem utraconym” Miltona).
 
Trzecia fala nastąpiła po krótkiej przerwie w roku 1995, kiedy to nieoczekiwanie dla siebie samego stworzyłem 4 w miarę drukowalne teksty fantasy (z perspektywy czasu fakt ten napawa mnie jeszcze większym zdumieniem niż wówczas). Dwa krótsze zostały opublikowane w „Fenixie”, a na dwa dłuższe miałem nawet w pewnym momencie podpisaną umowę z dużym wydawnictwem (ostatecznie nigdy nie została skonsumowana, ale zatrzymałem zaliczkę w wysokości całych 900 zł). Potem w 1998 i 1999r napisałem jeszcze po tekście w konwencji bardziej zbliżonej do SF (również zostały opublikowane w „Fenixie”). 
 
Wydawało się zatem, że skoro osiągnąłem poziom względnej drukowalności, to pójdę za ciosem. Zwłaszcza, że choć nieodżałowany „Fenix” zakończył działalność w roku 2001, to wkrótce powstało kilka innych pism.
 
Otóż, nic z tych rzeczy. Kolejne opowiadanie wyprodukowałem dopiero w 2011 r, po dwunastoletniej przerwie. Były to „Trzy spotkania Księdza Marka z demonem”, wysłane na konkurs Wydawnictwa Paperback „Science Fiction po Polsku”. Do dziś nie bardzo rozumiem skąd wzięła się ta metafizyczna pauza. Fakt, w tym czasie intensywnie prowadziłem małą firmę, robiłem doktorat, podróżowałem po świecie, zakładałem rodzinę, wreszcie pracowałem nad „CK Monogatari”, ale mimo wszystko…
A potem znów przerwa, tym razem krótsza, bo zaledwie pięcioletnia. W latach 2016-2018 napisałem 5 opowiadań (choć „Dziedzictwo” to właściwie mikropowieść). Nazwijmy to czwartą falą. Dwa ukazały się w „NF”, dwa kolejne w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym”, jedno w „Fantazmatach”. Poza „Dalej niż koniec drogi’ wszystkie te teksty należały jednak do uniwersum „Świata Błękitu”, w ograniczonym stopniu były więc „autonomicznymi” projektami.
 
Kolejna krótka przerwa i w latach 2020-2022 znów wyprodukowałem 3 dłuższe opowiadania czy też nowelki, powiedzmy soft SF (piąta fala?). Potem znów półtoraroczna przerwa i w związku z reanimacją „Rocznika Fantastycznego” postanowiłem napisać nietypowego dla siebie szorciaka – niespełna 20k znaków. Jak się okazało, był to początek szóstej fali. Niespodziewanie największej ze wszystkich.
 
Od grudnia 2022 r. do września 2025 r. wyprodukowałem w sumie 19 bardzo różnych tekstów, najdłuższy liczył sobie 100k, najkrótszy 17k. Czułem się z tym całkiem fajnie, zupełnie jakbym na nowo przeżywał swą naiwną młodzieńczą pasję, tyle że jednak z ciut lepszymi zrozumieniem tego co robię. Jeden z tych tekstów sam w końcu odrzuciłem (wydał mi się zbyt dziwaczny i hermetyczny), ale pozostałe wyszły chyba w miarę ok. Jeden został opublikowany w „Nowej Fantastyce, trzy w kolejnych „Rocznikach Fantastycznych”, dwa w antologiach „Sny umarłych”, po jednym w „Fantazmatach” i „Magazynie Biały Kruk”. Pięć kolejnych zostało przyjętych i cierpliwie czeka na publikację. Pozostała piątka (wraz z trzema nowelkami napisanymi w latach 2020-2022) nadal szuka swojego miejsca w świecie, ale kto wie, może kiedyś je odnajdzie;) Myślę, że szesnastolatek gdzieś w głębi mnie jest nareszcie usatysfakcjonowany. Co istotne, nadal mam sporo pomysłów na opowiadania i przynajmniej z daleka wydają mi się one interesujące. Teraz pozostaje już tylko kwestia czasu, motywacji no i, rzecz jasna, miejsc, gdzie mógłbym je potencjalnie wysłać.
 
Co najważniejsze jednak, zrozumiałem wreszcie w pełni, jak wielką frajdę daje pisanie opowiadań z gatunku szeroko pojętej fantastyki. Opowiadania nie są tak (czasowo, logistycznie i motywacyjnie) wymagającymi projektami jak powieści, ale każde z nich jednak również daje szansę na kreację całkiem osobnego świata. Szansę na testowanie fabuł, postaci i dylematów w bardziej swobodnym, niezobowiązującym trybie. Na kontemplowanie dziwności Wszechświata na dziesiątki rozmaitych sposób. Na bezceremonialne przeskakiwanie z tematu na temat i ze stylu na styl. Albo, dla odmiany, na odgrywanie podobnych tematów na różnych literackich instrumentach. Możemy tu sobie pozwolić na ryzyko, eksperymenty i szaleństwa, bez lęku, że zrobimy coś nie tak i zniszczymy roczny czy dwuletni projekt. Jak już to kiedyś pisałem – w obecnych absurdalnie skomercjalizowanych czasach to właśnie opowiadania, nie powieści, często stanowią ostatni bastion autorskiej autonomii.
 
Nie znaczy to, że nie doceniam zalet powieści (mam zresztą nadzieję, że niejedną jeszcze napiszę). Ale wydaje mi się, że właśnie czytanie i pisanie opowiadań w najbardziej spektakularny, bezpośredni i namacalny sposób pozwala doświadczyć całego bogactwa fantastyki: uzmysłowić sobie w pełni jak gigantyczny potencjał oferuje ona zarówno czytelnikom jak i autorom. Poczuć tę wolność. Z dziecięcą fascynacją, szybciej niż światło przemieszczać się pomiędzy tysiącami odmiennych, fascynujących światów.
 
Szczęśliwego Nowego Roku i do zobaczenia wkrótce!

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Implozja

 „Implozja” to ostatnie z pięciu opowiadań jakie udało mi się opublikować w 2025r. i zarazem mój debiut w „

 Cóż, gdyby jeszcze rok temu ktoś nakazał mi spisać listę rzeczy, o których raczej nigdy nie napiszę, to bez wątpienia zarówno dinozaury jak i podróże w czasie zajęły by na niej wysokie pozycje. Nie dlatego, że uważam te motywy za mało interesujące, wręcz przeciwnie, ale dlatego że, moim zdaniem, zostały już one wystarczająco wyeksploatowane przez Autorów znacznie zdolniejszych ode mnie, i że nie miałbym tu nic ciekawego do dodania (na przykład moją ulubioną opowieścią o podróżach w czasie jest chyba „Palimpsest” Charlesa Strossa, będący z kolei pewnego rodzaju przeróbką „Końca wieczności” Isaaca Asimova).
 
A jednak… Nieco wcześniej tego roku odświeżyłem sobie uroczą ramotkę Roberta F. Younga „Kiedy czas był młody”, potem zaś przeczytałem „Bones of the Earth” Michaela Swanwicka (niestety, nie doczekało się chyba polskiego wydania). Zainspirował mnie zwłaszcza Swanwick, który pod pretekstem opowieści o podróżach w czasie i dinozaurach, snuje szerszą refleksję na temat nauki i historii. Zdałem sobie sprawę, że można pójść podobnym tropem i postanowiłem wyprodukować opowiadanie o naturze ludzkiej, ekologii i fatalizmie dziejów. Takim fatalizmie w skali makro. Tak czy inaczej, skoro tylko w mej mózgownicy pojawiła się nazwa „Greenwar”, wiedziałem, że muszę dokończyć ten projekt;)
 
Cóż, sami ocenicie, jak wyszło. Serdecznie zapraszam do lektury „Implozji” oraz pozostałych tekstów z numeru 32 „Magazynu Biały Kruk.
 

P.S. Serdeczne podziękowania dla całego zespołu redakcyjnego ze szczególnym uwzględnieniem Anety Stawiszyńskiej-Marciniak.

piątek, 19 grudnia 2025

Lepszy świat

 

Niby miałem zaczekać z tym wpisem, dopóki „Sny Umarłych 2025” nie znajdą się fizycznie w moich łapskach, ale doszedłem do wniosku, że skoro w sumie nie wiem, kiedy to dokładnie nastąpi, a książka jest już od jakiegoś czasu w przedsprzedaży, zaś na dodatek rok też się jakby kończy, to w sumie nie ma na co dłużej czekać;)
 
Zanim jednak zaczniemy:
o swoim spojrzeniu na Weird i o cyklicznej antologii Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction pisałem tutaj.
 
…natomiast o moim opowiadaniu „Fragmenty”, opublikowanym w zeszłorocznej antologii „Sny Umarłych 2024” przeczytacie tutaj.
 
Teraz pora zatem na kilka słów o „Lepszym świecie”.
Choć na pierwszy rzut oka obu moich „weirdowych” opowiadań nie łączy wiele (poza rzecz jasna weirdową stylistyką), to ja sam lubię o nich myśleć jako o pewnego rodzaju „dylogii”. W istocie, kluczowa dla „Lepszego świata” koncepcja („trans”) a także (bardzo zamglone) zalążki postaci, która przekształciła się ostatecznie w Maję, gdzieś mi tam mignęły z tyłu czaszki już podczas wymyślania „Fragmentów” – można nawet powiedzieć, że stanowiły coś w rodzaju porzuconego tropu. Ostatecznie podjąłem go na nowo niecały rok później.
 
Protagonista „Lepszego świata”, Łukasz, jest też w moich oczach troszeczkę kontynuacją Roberta Kleina – może nie dorosłego analityka, który tak bezwzględnie przesłuchiwał nieszczęsnego Loendla czy wdawał się w wyrafinowane dysputy z kardynałem Moravią, ale zbuntowanego, rozdzieranego emocjami dwunastolatka z otwierającej sceny, który uciekał na plażę, aby kontemplować dziwność świata…
 
Myślę, że często mi się to zdarza jako autorowi: choć poszczególne teksty niby nie wiążą się ze sobą fabularnie, to coś jednak powraca i jest kontynuowane: niezwerbalizowana do końca myśl; podskórna melodia; mglista, skryta emocja; odległy refren… Taka jest chyba właśnie wizja literatury, jaką chciałbym tworzyć;)
 
Nie będę rozstrzygał, które z tych opowiadań jest lepsze – pomijając, że takie rozważania/porównania są bezsensowne bo/i wszystko zależy od przyjętego punktu widzenia. Prywatnie muszę jednak wyznać, że chyba lubię „Lepszy świat” bardziej niż „Fragmenty”. Dlaczego? Po pierwsze tekst ten – choć bardziej kameralny – wydaje mi się ciekawszy literacko, bardziej złożony, zapętlony fabularnie (i, co tu dużo ukrywać, miałem przy jego pisaniu większą frajdę). Po drugie, konflikt we wnętrzu protagonisty wydaje mi się bardziej emocjonalny, „soczysty”.
Tak, czy owak, mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zapraszam do lektury „Lepszego świata” i wszystkich pozostałych opowiadań z antologii.
 
Do zakupienia na stronie Wydawnictwo IX:

wtorek, 25 listopada 2025

"Inferno" - antologia "O podbojach sfer niebieskich"

Warto było czekać! Piękna okładka autorstwa Mariusza Ferenca (autorką grafiki promocyjnej jest z kolei Wiktoria Makowska). Już ostrzę sobie zęby na limitowaną wersję papierową.

Serdeczne podziękowania dla całej ekipy Fantazmatów, przede wszystkim zaś mojej wspaniałej fantazmatowej redaktorki – Anety Stawiszyńskiej- Marciniak. Pozdrowienia i gratulacje dla pozostałych Autorów i Autorek – Marek Kolenda – znowu razem! Zaraz z ekscytacją zasiadam do lektury antologii;)

Moje „Inferno” ją zamyka. Ze wszystkich opowiadań opublikowanych przeze mnie w ostatnich latach to jest chyba najbardziej – jeśli ośmielę się tak to nazwać – „laisenowskie”, czyli powracam tutaj do „korzeni” i tego co było znakiem firmowym moich tekstów publikowanych przed laty w „Fenixie”. Jak każdy (chyba) autor bywam egotyczny i lubię czytać wzmianki (zwłaszcza pozytywne;)) na swój temat. Kiedyś na profilu Genius Creations przy okazji publikacji antologii tegoż wydawnictwa scharakteryzowano mój styl mniej więcej następująco: „Jeśli istnieje prosta droga wiodąca z punktu A do punktu B, to możecie być pewni, że nasz znajomy autor uczyni wszystko, by nią nie podążyć”. 

„Inferno” to właśnie jeden z takich tekstów. Mamy więc dwie równoległe (i na pozór nie związane ze sobą) narracje, zaburzoną chronologię i kilka dziwnych pomysłów rodem z fizyki kwantowej. Czyli takie soft-quantum-philosophical-SF. Mam nadzieję, że dacie mu szansę i dotrwacie wraz z Mardu i Secograthem aż do samego końca;) 

Jest to także opowieść o wojnie toczącej się za naszą wschodnią granicą. Muszę wyznać, że kiedy – już ponad dwa i pół roku temu – pisałem to opowiadanie, moje nastroje były mimo wszystko nieco bardziej optymistyczne. Mam wrażenie, że od tego czasu Inferno jeszcze bardziej stało się Infernem zaś nieliczne envaiony – kwanty sensu, jakie zaplątały się do naszej rzeczywistości powróciły już dawno do swego macierzystego wszechświata.

Trzymam za ciebie kciuki, Secograthie z gniazda Leh i za wszystkich tych, którzy walczą wraz z Tobą.

P. S. „Inferno” jest też pierwszym z luźnej trylogii tekstów powiązanych co prawda nie tyle fabularnie czy ontologicznie co raczej tematycznie. Mam nadzieję, że „Purgatorio” i „Paradiso” też doczekają się publikacji.

 

Link do antologii: O Podbojach Sfer Niebieskich


sobota, 11 października 2025

Weird Fiction

 



Zapowiada się jak zwykle super ciekawie (nie, nie mówią to tylko dlatego, że też się tam znalazłem, choć pewnie, że się z tego cieszę jak cholera;). Przy tej okazji pokuszę się o garść refleksji – nie tyle może o samej Weird Fiction, bo nie mam przecież o niej wielkiego pojęcia, co raczej o moich doświadczeniach z Weirdem jako czytelnik i – o dziwo – autor. Przede wszystkim zaś spróbuję wyjaśnić sobie samemu, dlaczego cykliczna antologia „Sny Umarłych” stała się jedną z moich ulubionych jeśli nie najbardziej ulubioną polską antologią fantastyczną lat ostatnich.

Pierwszym rocznikiem antologii po który sięgnąłem były dopiero „Sny Umarłych 2023” z historią jako motywem przewodnim (myślę, że nowa formuła „tematyczna”, którą Wojciech Gunia wprowadził właśnie przy okazji tej edycji była strzałem w dziesiątkę; więcej pisze o tym sam Wojtek we wstępie „Dziwność dziejów”). Wcześniej na fakt istnienia Weirdu jako osobnej klasy tekstów nie zwracałem większej uwagi (zapewne niesłusznie podświadomie zakładając, że jest to jakiś tam wariant nieznoszonego przeze mnie horroru). Owszem, byłem już po lekturze „Nie ma wędrowca” i „Domu wszystkich snów”, no ale wtedy czytałem po prostu Wojtka Gunię a nie jakiś tam Weird (gdyby ktoś obudził mnie wówczas w środku nocy i znienacka zapytał „jaką prozę właściwie pisze Wojciech Gunia” wykrztusiłbym pewnie z siebie „współczesną fantastykę neokafkowską”, czy coś w tym guście). Do lektury „Snów” zachęciła mnie zatem właśnie owa historia (oho! – pomyślałem – może to jednak coś poważnego?) no i spis autorów, wśród których znalazły się nazwiska, których się raczej tam ujrzeć nie spodziewałem (choćby Krzysztof Rewiuk).

Lektura zdecydowanie mnie nie rozczarowała, choć na pewno zaskoczyła – przeczytałem bowiem teksty o bardzo szerokim spektrum stylistycznym i – co ciekawe – w mojej ocenie jednak dość odległe od własnej twórczości Wojtka. Niewątpliwą cechą wspólną był jednak wysoki poziom literacki.
W kolejnym roku sam odważyłem się wystartować w naborze, znów zachęcony tematyką, no bo do science fiction to jednak aspirowałem od zawsze (no dobra, od dwunastego roku życia). Zaciekawiły mnie również kierunki nakreślone przez Ojca Dyrektora: "Solaris", "Śledztwo", "Ślepowidzenie", "Unicestwienie", "Piknik na skraju drogi", "Lód". Dla mnie wszystkie te teksty były po prostu częścią szeroko pojętej konwencji gatunkowej SF.

I tu zbliżam się do najważniejszego choć dość oczywistego spostrzeżenia: współczesna ambitna, „egzystencjalna” SF oraz Weird zachodzą na siebie w bardzo znaczącym stopniu. Czyż nie są w duchu Weirdowe mroczne opowiadania Janusza Cyrana czy Cezarego Zbierzchowskiego? Albo wiele spośród krótszych tekstów Marcina Podlewskiego? Czyż nie pulsują ontologicznym i epistemologicznym lękiem „Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvary’ego? A czyż cała ta metafizyczna groza nie zaczyna się gdzieś od Philipa K. Dicka?

Czy ta zbieżna ewolucja nie jest też w znacznym stopniu rezultatem najnowszych osiągnięć nauki – przede wszystkim fizyki kwantowej, kosmologii i neuronauk – które pokazują nam, że rzeczywistość w samej swej istocie jest zadziwiającym i zupełnie nieintuicyjnym miejscem, w którym poczucie grozy i niesamowitości jest jak najbardziej naturalną reakcją?
A z zupełnie innej strony – czy obu tych nurtów ( Weirdu i „egzystencjalnej” SF) nie upodabniają też ambicje stricte literackie i artystyczne, skłonność do eksperymentów formalnych i językowych, niekoniecznie typowa dla różnych przodków w ewolucji literackiej – czy to SF „Złotego Wieku” czy to „konwencjonalnego” horroru? I znów – ewolucja konwergentna.

Tak czy owak, „Sny Umarłych 2024” szybką stały się moją ulubioną polską antologią ostatnich lat (nie, nie dlatego, że znalazło się tam również moje opowiadanie, choć oczywiście, jestem dumny jak cholera, że się tam znalazło). Co ujmuje mnie w niej najbardziej, oprócz, rzecz jasna, rozkosznego egzystencjonalnego niepokoju, wibrującego na kilkunastu bardzo różnych literackich częstotliwościach? Znów – podobnie jak w przypadku poprzedniej edycji – wysoki poziom artystyczny. Świadomość wszystkich biorących w projekcie Autorek/Autorów, że forma i treść stanowią pewną nierozerwalną jedność.

Taką właśnie fantastykę lubię, niezależnie do tego czy opatrzymy ją etykietą „Weird” czy „SF”. Jestem pewien, że „Sny Umarłych 2025” także pod tym względem (ani żadnym innym) nie rozczarują.
Tak więc, choć pewnie nigdy nie stanę się fanatykiem czy choćby monotematycznym pasjonatem Weirdu, akrobatycznie rozciągnięty na swoim własnym – dość chyba szerokim – literackim spektrum, to jednak muszę przyznać przed samym sobą, że Weird i ja (i jako czytelnik i jako piszący) jednak troszkę na siebie zachodzimy.

I na koniec moja czysto osobista refleksja jako podrzędnego autorzyny. Wysyłając tekst do „Snów Umarłych” mam, tak jak każdy inny Autor/Autorka (niezależnie od swej rangi), świadomość, że może on zostać odrzucony. Bo Oceniający uzna go po prostu za słaby, bo inne teksty okażą się lepsze, bo lepiej podpasują do ogólnej koncepcji (w końcu antologia – o czym niekiedy się zapomina – to także pewna całościowa kompozycja!). To absolutnie normalne i myślę, że akceptuje to każdy Piszący, który stara się zachować jakiś tam dystans do własnych wypocin. Ale, z drugiej strony, wysyłając tekst do „Snów Umarłych” wiem też, że mój tekst nie zostanie odrzucony dlatego, że Oceniający nie ogarnie, o co w nim naprawdę chodzi, albo dlatego, że zirytują Go jakieś formalne, jakby to ujęli niektórzy, „udziwnienia”. Mogę tu sobie spokojnie poeksperymentować, nawet jeśli eksperyment (co jest wszak wpisane w samą naturę eksperymentów) miałby się niekiedy okazać nieudany. To naprawdę ogromna frajda;)

poniedziałek, 22 września 2025

"Fikcja" - Rocznik fantastyczny 2025

 

Na zeszłotygodniowych Bachanaliach premierę miała czwarta już odsłona świetnej inicjatywy Bartka Biedrzyckiego czyli "Rocznik Fantastyczny 2025". Dzisiaj dostałem swój egzemplarz autorski. Na żywo prezentuje się równie dobrze jak na fotce. Powiedziałbym nawet, że prezentuje się najlepiej z dotychczasowych roczników – na okładce oldskulowa realistyczna ilustracja  autorstwa Błażeja Kurowskiego, która fajnie zachodzi na grzbiet. A sam grzbiet przyjemnie grubiutki, no bo w środku aż 286 stron. A wszystko to za jedynie 25 zeta!

Wśród wielu interesujących tekstów odnajdziecie tu i moje opowiadanko "Fikcja". To, jak już pisałem wcześniej, w pewnym sensie siostra-bliźniaczka „Synchronizacji”, która ukazała się w marcowej Nowej Fantastyce". Podobnie jak ona ukazuje dystopijny świat (może nawet wcześniejszą wersją tego samego świata? – a może zresztą już za rok, dwa będzie to nasz własny świat – patrząc na współczesny rybek wydawniczy wiele już chyba nie brakuje?) i zanurzonego w nim protagonistę – funkcjonariusza Systemu, który rozumie mniej niż czytelnik (czy rzeczywiście?).

Jako ciekawostkę dodam, że "Fikcja" jest  jedynym spośród moich utworów, który wprost opowiada o hm... tworzeniu fikcji. A uważny czytelnik być może odnajdzie w nim pewien szczególny smaczek;) 


"Rocznik Fantastyczny 2025" (a także przy odrobinie szczęścia poprzednie edycje) nabędziecie w sklepie Wydawnictwa IX:

Rocznik Fantastyczny 2025