środa, 17 marca 2021

Obcy w obcym kraju czyli gdzie twój dom Ziemianinie?

 

  

Spotkanie z Innym – archetypiczny motyw fantastyki –  czy to na kartach literatury, czy też w prawdziwym życiu, następuje przeważnie albo w wyniku świadomie wybranego quest – podróży (fizycznej lub duchowej), albo odważnie podjętego wyzwania, albo też jest konsekwencją mniej lub bardziej dramatycznych zdarzeń i epickich katastrof.

W moim przypadku jednak nie było ani świadomie, ani dramatycznie, a już na pewno nie epicko – po prostu nagle, z właściwym sobie roztargnieniem uświadomiłem sobie, iż właśnie, jakimś zadziwiającym (zapewne tylko dla mnie) zbiegiem okoliczności  odnalazłem się w egzotycznej roli wykładowcy literatury (w tym przypadku angielskiej i amerykańskiej) na jednym z marsjańskich uniwersytetów.

 Doświadczenie to jest tyleż egzotyczne, co frustrujące. Wychowała mnie i ukształtowała Ziemska kultura pisma, w której literatura jako taka cieszyła się pewnego rodzaju estymą. Oczywiście, nie znaczy to, że każdy Ziemianin zaczytywał się dziełami Jamesa Joyce’a, Johna Fowlesa, Salmana Rushdiego, Ursuli Le Guin czy Stanisława Lema; był jednak zasadniczo świadomy ich istnienia. Zwłaszcza, jeśli wybrał do studiowania kierunek filologiczny (moi obecni studenci wybrali, rzecz jasna, Filologię ziemską). Ja sam, pamiętam doskonale, jeszcze będąc uczniem licealnym, posiadałem nienajgorszą orientację w działach literatury rodzimej i światowej, nawet jeśli niektóre z nich z założenia niespecjalnie mnie interesowały. Czy byłem niereprezentatywnym dewiantem, psychopatycznym, maniakalnym zboczeńcem? Mimo wszystko, nie sądzę. Tzn. może i byłem zboczeńcem, ale na pewno nie niereprezentatywnym. Bardzo wielu spośród moich znajomych, ludzi bliskich mi pokoleniowo bądź też nawet o dziesięć czy piętnaście lat młodszych również całkiem sporo czytało i generalnie orientowało się w temacie, bez względu na wybraną ścieżkę życiową. Niektórym – o zgrozo! – zdarzało się nawet dla przyjemności zgłębiać poezję. Przyzwyczaiłem się zatem, iż literatura stanowi mniej lub bardziej obecny, czasem majaczący gdzieś daleko w tle, ale jednak integralny składnik rzeczywistości.

Tu, na Marsie jest inaczej. Marsjanie znajdują się już na wyższym etapie ewolucji (Jacek Dukaj w swej znakomitej książce „Po piśmie” nazywa to „erą bezpośredniego transferu wrażeń zmysłowych”). Jeśli nawet mieli kiedyś literaturę, to dawno popadła ona w zapomnienie. Stwarza to niejakie problemy praktyczne. Kiedy, wiele lat temu, prowadziłem podobny kurs z literatury dla ziemskich studentów, mogłem się odwołać do ich osobistych doświadczeń czytelniczych, albo do znajomości literatury polskiej wyniesionej z liceum (w końcu Byron to trochę taki podrasowany i trochę bardziej skandalizujący Mickiewicz). Albo choćby i do znajomości poprzednich kursów, jakie z nimi prowadziłem ja, bądź inni wykładowcy.

W obecnej sytuacji jest to raczej bezcelowe. Choć moi Marsjanie pokończyli ponoć jakieś tam kursy przygotowawcze a nawet coś na kształt symulacji ziemskiego liceum, to nic już z tego nie pamiętają. Ba, przeważnie nie kojarzą nawet, o czym mówiłem do nich w poprzednim semestrze (albo i tydzień wcześniej)! Ich mózgi najwyraźniej funkcjonują w odmienny sposób. Czemu ja (i wielu moich rówieśników) wciąż z grubsza pamiętam, co czytałem w liceum czy nawet podstawówce? Kojarzę, kim byli Staś i Nell, orientuję się, że Staff tworzył w okresie młodopolskim a Baczyński zginął w Powstaniu Warszawskim?

Myślę, że odpowiada za to nadmierne (jakże nieznośnie ziemskie!) zanurzenie umysłu w Przeszłości, w His (albo Her) storii – to niestanne miętolenie w umyśle przeszłych lektur, refleksji i doświadczeń, miast bardziej konstruktywnego podążania za bieżącymi impulsami i pełniejszym życiem w teraźniejszości! To, co ja, ze swojego wąskiego, ziemskocentrycznego punktu widzenia nazwałbym deficytami pamięci, jest zapewne w istocie zdrową umiejętnością ignorowania zbędnego mentalnego balastu. Logika nakazuje przypuszczać, że mózgi moich Marsjan – produkt wielu ewolucyjnych dostosowań - bez wątpienia są doskonale przygotowane do wyzwań, jakie rzuca im życie i dużo lepiej przetwarzają współczesny Marsjański świat, niż robi to mój leciwy, zdezelowany model. Sęk w tym, że ja sam – ograniczony moimi przyzwyczajeniami – nie jestem w stanie choćby i tylko dostrzec tej przewagi, jaką nade mną mają. Marsjanie i ich świat są dla mnie równie niepojmowalni, jak, zapewne, ja sam dla nich.

Nie ułatwia mi to wszystko roboty. Wciąż też nie potrafię rozstrzygnąć dylematu: Czy ktoś z nas znalazł się na niewłaściwym miejscu? I jeśli tak, to kto – ja sam, Marsjanie, Uniwersytet, a może nawet któraś z planet?

Generalnie jednak praca nie jest nieprzyjemna. Na bieżąco młodzi Marsjanie bywają całkiem życzliwi, bystrzy i momentami okazują pewne zainteresowanie tematem (w każdym razie niektórzy z nich). Pewnymi obawami napawa mnie tylko wizja egzaminów, jakie, chcąc nie chcąc, będę musiał przeprowadzić pod koniec kursu. Coś podpowiada mi, że ludzie tak doskonale zanurzeni w teraźniejszości mogą mieć stosunek do przyszłości podobny jak i do przeszłości, a egzaminy jak wiadomo są czymś, co istnieje wyłącznie w przyszłości właśnie.

A morał? To spotkanie z Obcością uświadomiło mi, jak wiele rzeczy w naszym życiu w swej arogancji i zadufaniu traktujemy jako pewnik, oczywistość. Moralność, porządek polityczny, nasze relacje z innymi ludźmi, wrażliwość swoją i cudzą – można by tak naprawdę w nieskończoność. A także pozycję literatury w ziemskiej czy też marsjańskiej kulturze. Oczywiście, obsesyjne swego czasu zainteresowanie Ziemian słowem pisanym (choćby w naszym kraju w latach osiemdziesiątych – wciąż pamiętam, jak na początku każdego miesiąca o szóstej rano robiłem maraton po okolicznych kioskach, próbując upolować ukazującą się w jakiś 100 000 egzemplarzy Fantastykę – przeważnie bezskutecznie) można tłumaczyć brakiem innych rozrywek i mediów – wiadomo, kiedyś nie było tyle telewizji, filmów, Youtube, Facebooka, Netflixa, gier komputerowych, etc… Ale mimo wszystko łudziłem się, że literatura – fikcja literacka w ogóle, a fantastyka w szczególności – odpowiada pewnym bardzo specyficznym ale uniwersalnym potrzebom Człowieka, które trudno będzie zaspokoić w inny sposób. Jak się okazuje, kompletnie się pomyliłem (przy tej okazji po raz kolejny polecam „Po piśmie” Jacka Dukaja – on to wszystko bardzo rzeczowo wytłumaczył).

Są też dobre wieści. W dzieciństwie byłem wielki pasjonatem akwarystyki i niedawno, po latach wróciłem do tego hobby. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że tu, na Marsie, też całkiem sporo osób się tym zajmuje. Skoro nie da już rady pogadać o literaturze, to może przynajmniej o rybkach?

Tak naprawdę, jest tylko jedna rzecz, której jeszcze się boję. Że kiedy moja dorywcza praca się skończy, okaże się, że z powodu (na przykład) COVIDu odwołali wszystkie loty na Ziemię i pozostanę tu już na zawsze.

Cóż, wtedy będę mógł przynajmniej wreszcie z przekonaniem zakrzyknąć: „Gdzie Twój dom Ziemianinie?”

sobota, 11 stycznia 2020

Ciemkność i Lustro - nagranie audio!


 


W ramach darmowych audiobooków Projektu Fatazmaty w sieci pojawiło się i moje Ciemność i Lustro z Fantazmatów t.2. w świetnej interpretacji Mako.

Komentując zatem niejako w stylistyce i tematyce opowiadania: Ciemność i Lustro zyskało zupełnie nowy rodzaj realności, również dla mnie. Serdeczne podziękowania!

Opowiadanie, teraz do posłuchania tutaj:

YouTube

Hear This

piątek, 13 grudnia 2019

Krzyk


Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu. Od września całkowicie pochłaniały mnie jednak sprawy zawodowe (tak to już bywa, jak jest się autorem-hobbystą). Za to wcześniej, w sierpniu udało się wreszcie ukończyć „Krzyk” – a więc przy okazji i cały „Skrawek czerni”.

Bądźmy szczerzy – autor-hobbysta pisze głównie (a w każdym razie na początku) dla własnej satysfakcji. Może to i egotyczne a nawet niezdrowe uczucie, kiedy sprawia ci przyjemność czytanie czegoś, co sam napisałeś.

Ale fajne.

 

Walka dogasa. Hałas cichnie. Biegające po ogrodzie sylwetki stopniowo zamierają w bezruchu. Czas zwalnia, pragnąc choć na chwilę złapać oddech. Przestrzeń wygładza się i uspokaja. Kala chowa sztylety do pochwy i staje naprzeciwko płonącej rezydencji. Pożar zarazem hipnotyzuje ją i niepokoi.

Znów, jedna po drugiej, niczym warstwy obieranej cebuli, opadają kolejne warstwy rzeczywistości. Co skrywa się po drugiej stronie ognia? Dziewczynie wydaje się, że tańczące płomienie kreślą w powietrzu jakiś wzór. Ogarnia ją zagadkowe przekonanie, że powinna zrozumieć ich mowę. Odczytać drgania powietrza.

I wtedy, niespodziewanie, po raz kolejny tej dziwnej nocy, rzeczywistość rozcina krzyk. Wołanie o pomoc przerażonej dziewczynki. Gdzieś tam, osaczona poprzez płomienie, po przesłoniętych dymem korytarzach, błądzi córka Fayati, nadaremno próbując odnaleźć bezpieczne wyjście.

Kala podchodzi do budynku, tak blisko, że pożar niemal osmala jej włosy, a dym drażniąc wdziera się do płuc. Dziewczyna wytęża wzrok, usiłując przeniknąć gorejący blask, zrozumieć wzór, zlokalizować Tvishę. Lecz ogień oślepia jej zmysły, krzyk rozmywa się pośród falowania niestabilnej rzeczywistości. Jak wyłowić go spośród cierpiących głosów milionów innych istot?

Rozpacz ogarnia serce Kali. Zdaje sobie sprawę, że jeżeli dziewczynka umrze teraz pośród płomieni, nie otrzymawszy pomocy, cały Wszechświat umrze wraz z nią, a to co go zastąpi, będzie obojętne i pozbawione duszy, choć, być może, nikt oprócz  Fayati i jej samej nie dostrzeże zmiany.

Tak dzieje się za każdym razem, prawda? Od zawsze o tym wiedziałaś.

Wtem materię świata rozdziera kolejny krzyk. Najpotężniejsze z zaklęć. Ostatnie słowa każdego przerażonego dziecka.

Ratuj, mamo.

Kala skacze do przodu i znowu się cofa. Dźwięki i obrazy mieszają się ze sobą i nie jest już w stanie rozróżnić wirujących wokół kształtów. Nadać im imiona i znaczenia.

Ratuj, mamo.

Kto krzyczy? Córka Fayati? Ona sama? Kim jest ta mała dziewczynka, porzucona przez czas i przestrzeń na samym skraju nicości? Wędrująca poprzez morze lepkiej, szarej mgły?

Ratuj, mamo.

Elohe uśmiecha się i macha jej ręką na pożegnanie tuż przed skokiem do wody. Palila i Sione przytulają szlochającą Raali. Madagorski wojownik przeszywa duszę Kali Spojrzeniem Ponad Zasłoną. Darya Tabazi pochyla się nad nią z troską. Przystojny mężczyzna w białej koszuli dotyka dłonią pętających ją łańcuchów. Wysoka, piękna kobieta delikatnie wciera w jej policzek gojącą maść.

Ciemny cień przesuwa się po śniegu.

Ratuj, mamo.

Kto krzyczy? Tvisha? Ona sama?

Dziewczyna opada na kolana, poddając się rozpaczy. Po raz kolejny zawiodła, nie zrozumiała wiadomości ukrytej w drganiach powietrza. Miliony głosów zlewają się w jeden a potem stopniowo cichną. Wszechświat powoli ogarnia ostateczna cisza i pustka. Entropia zwycięża.

Nagle jakiś ruch przełamuje nadchodzącą nieuchronność.

Pojawia się kontrapunkt.

 

czwartek, 25 kwietnia 2019

Gene Wolfe (1931-2019)

Ja czytelnik mam, niestety, dość niestatystyczny gust - zawsze wyżej cenię sobie nie do końca choćby udany eksperyment od  perfekcyjnie wyprodukowanej sztamp... pardon... od perfekcyjnie wyegzekwowanego bestsellera, trafiającego w gusta możliwie najszerszej grupy czytelników. W końcu cóż mi przyjdzie z czytania kolejnego bestsellera? Znasz jeden, znasz wszystkie. A ambitna porażka (rozumiana tu przede wszystkim jako niedostarczenie czytelnikowi do końca tego, czego oczekuje czy też złamanie klasycznych reguł, co sprawia, że książka nie czyta się szybko, łatwo i przyjemnie) może pod wieloma względami okazać się inspirująca.

Cóż, to temat na osobny wpis. Dzisiaj chciałbym po prostu oddać hołd Gene'owi Wolfe'owi, jednemu z największych artystów (i eksperymentatorów) słowa wśród pisarzy fantastyki. Twórcę cholernie trudnego, niejednoznacznego, czasem doprowadzającego czytelnika do szału. Czasem - i owszem - nieco zbyt w moim odczuciu powtarzalnego i monotonnego. Nawet nudnego. A jednak bez wątpienia wielkiego. Autora określanego przez niektórych jako "James Joyce fantastyki". Albo ewentualnie - jej Marcel Proust. Oba te porównania (jak również wiele innych) są moim zdaniem w pełni uzasadnione.

Na temat twórczości Gene Wolfe'a można by pisać dużo, ale szczęśliwie mądrzejsi ode mnie już pisali, więc nie muszę się produkować. Polecam jednak gorąco lekturę wstępu do zbiorku "Smierć Doktora Wyspy" autorstwa Arkadiusza Nakoniecznika. Osobom czytającym po angielsku linkuję też dwa eseje autorstwa Johna Clute'a oraz Jeeta Heera.

Tak więc, w ostatnim czasie, po Ursuli K. Le Guin odszedł kolejny z Wielkich. Autor, którego, tak jak Le Guin podziwiałem zawsze w szczególny i bardzo osobisty sposób i pod którego zgubnym wpływem chyba trochę się znalazłem (kto wie, może i moja nieszczęsna "Studnia Zagubionych Aniołów" byłaby odrobinę mniej zagmatwana i konfundująca, gdybym w trakcie jej pisania nie czytał "Księgi Nowego Słońca"?).

Będzie mi brakować jego wyobraźni i odwagi.  

czwartek, 14 marca 2019

Niebezpieczne kobiety - odcinek 2;)


Teraz najgorsze, westchnęła Kala w duchu. Zasadniczo nie przepadała za ludźmi w ogóle, a za zbirami Maruka w szczególności i kontakty z nimi starała się ograniczać do niezbędnego minimum. Trzeba było jednak jakoś przez to wszystko przebrnąć. Przyoblekła twarz w uprzejmy uśmiech, który podpatrzyła od Nezamiego i odezwała się jako pierwsza.

 – Wino z Raazh smakuje najsłodziej… – zagaiła i utkwiła w tamtych wyczekujące spojrzenie.

– Ale portowy trunek najszybciej uderza do głowy… – wybąkał po dłuższej chwili jeden z najemników, średniego wzrostu mężczyzna o elegancko przystrzyżonej brodzie.

 – Rafi Maruk przesyła pozdrowienia – kontynuowała – i nowe rozkazy.

 – Tak? – ten sam najemnik rozparł się na ławie i spojrzał na nią wyzywająco.

– Macie natychmiast wyruszyć pod moją komendą – oznajmiła Kala bez przekonania.

 Tamci jak na komendę prychnęli śmiechem.

  – Wiedziałam, że to nie podziała – westchnęła Kala, spoglądając empatycznie na swych rozmówców. – No, dobrze, miejmy to już za sobą. Który z was w takim razie?

 – Który? – brodacz zmierzył ją obleśnym spojrzeniem. – Dlaczego nie wszyscy?

  Jego kompani zarechotali.

– Nie, nie – wyjaśniła wciąż tym samym uprzejmym, rzeczowym tonem Kala. Również zapożyczała go od swego patrona. – Wszystkich was nie mogę zabić. Niestety. Będziecie potrzebni, poza tym rafi miałby do mnie pretensje.

Tak naprawdę, kilka lat wcześniej wydarzył się pewien niefortunny incydent, ale tamci, zwłaszcza jeśli, jak podejrzewała, niedawno dołączyli do kompanii, zapewne o nim nie wiedzieli. Pojechała – siedemnastoletnia może dziewczyna – by przekazać Marukowi ważną wiadomość od swego patrona. Znalazła rafiego wraz z licznym oddziałem w przygranicznym Kazh i potem przez jakieś dwa tygodnie mu towarzyszyła. Było to jej pierwsze zetknięcie z kompanią. Kilku najemników prędko uznało, że zadziera nosa. Gdy zignorowała umizgi jednego z nich, ten dobrał dwójką kompanów i postanowili razem dać jej nauczkę. Dopadli ją z zaskoczenia, nie miała przy sobie żadnej broni oprócz sztyletu. Zareagowała odruchowo, ale najzupełniej prawidłowo – szkolenie Sharima już wtedy dawało rezultaty. Cała sytuacja jednakowoż dość nią wstrząsnęła – byli to pierwsi ludzie, jakich własnoręcznie zabiła. Jeden z tamtych przeżył i pobiegł poskarżyć się Marukowi. Kompania była wzburzona, ale rafi okazał się rozważnym człowiekiem. Osobiście poderżnął gardło niedoszłemu gwałcicielowi i lakonicznie, ale szczerze przeprosił Kalę, obiecując, że nic podobnego już się nie powtórzy. Od tego czasu ludzie Maruka się jej bali i raczej starali się unikać.

Tak czy owak, gdyby znowu zgładziła rafiemu kilku podwładnych, ten zapewne żywiłby do niej żal, zaś Nezami tradycyjnie zarzuciłby jej brak umiejętności interpersonalnych.

– A więc? – kontynuowała ze zmęczonym uśmiechem Kala. – Zabiję waszego prowodyra, a pozostali będą potem grzecznie wypełniać moje polecenia, zgoda? Tak to się chyba zazwyczaj odbywa? Załatwmy to od razu na tyłach tej oto speluny i miejmy wszystko z głowy, co? Nie jadłam jeszcze śniadania. Ty? – spojrzała na brodacza zachęcająco.
 
Dług, rozdział 3.

piątek, 8 marca 2019

Niebezpieczne kobiety cz 1.

Z okazji dnia kobiet wszystkim Paniom zarówno prawdziwym jak i fikcyjnym życzę wszystkiego najlepszego!

Na tę okazję dedykuję odpowiedni fragment. Niebezpieczne kobiety, cześć I:


Wtem jakiś szczegół w ścianie zieleni przykuł jego uwagę. Ruch. Obrócił głowę i spojrzał wprost w wycelowany w siebie grot strzały. Zastygł w bezruchu.
Za bardzo dygocze, pomyślał krytycznie i przeniósł wzrok z grotu na łuk.
Była to jego własna broń.
– Tekri! Żyjesz – zawołała radośnie Darya i zdjęła strzałę z cięciwy.
Zsiadł z konia. Dziewczyna odłożyła łuk, podbiegła i z entuzjazmem rzuciła mu się na szyję.
– Ty żyjesz! – zachlipała. Poczuł się cokolwiek zażenowany. Delikatnie poklepał Daryę po plecach.
– Czemu miałbym nie żyć? – odparł z przekąsem. – Nisko mnie cenisz.
– Znalazłam twój łuk! – pochwaliła się niezrażona dziewczyna. – I włócznię! Wyjęłam ją z trupa i przetarłam!
– Naprawdę? – zdumiał się Tekri.
– Tak! – Darya aż pokraśniała z dumy. – I zawlokłam zwłoki w krzaki. Niedaleko co prawda, tylko tyle, żeby nie było ich widać z drogi. Odnalazłam też dwa konie, pozostałe pewnie się spłoszyły.
Najemnik przez dłuższą chwilę przetrawiał te rewelacje. Trzeba przyznać, dziewczyna go zaskoczyła. Fakt, była wysoka i silna, ale nie sądził, że….
– Nie jestem już delikatną kupiecką córkę – oświadczyła stanowczo, domyślając się, jakim torem idą jego myśli. – Jestem godną ciebie uczennicą!
Tekri pokręcił w zadumie głowę i ruszył za Daryą. Po drugiej stronie gęstego krzaka w schludnym rządku leżało pięć trupów. Gęstwina rzeczywiście sprytnie zasłaniała je przed oczami przejeżdżających traktem.
Tekri nie za bardzo wiedział, co powiedzieć.
– Nie musiałaś układać ich aż tak równo – mruknął w końcu. – Przeszukałaś je? – na jego ustach pojawił się ironiczny uśmiech.
– N…nie – wymamrotała Darya. – Sądzisz…
– Mogą mieć przy sobie coś, co wskaże na ich mocodawcę. Albo chociaż jakieś pieniądze… – najemnik pochylił się nad pierwszym ciałem. – Albo jakąś fajną broń, choć w to akurat wątpię.
– Czy… – zawahała się dziewczyna. – Czy obrabowywanie zwłok nie jest hm… niehonorowe?
– A co w tym niby niehonorowego? – zdziwił się Tekri. – Was, Hamańczyków czasem ciężko zrozumieć. To zwykli bandyci, więc nie będziemy obcinać im głów jako trofeów, ale niechże na coś się przydadzą.
Darya wyraźnie pobladła.
– Tekri – zapytała lekko ochrypłym głosem. – Czy naprawdę uciąłeś kiedyś komuś głowę?
– Nikomu martwemu – odparł ze śmiertelną powagą najemnik.


Dług, roz. 1

czwartek, 3 stycznia 2019

Plebiscyt Nowej Fantastyki!


Trwa plebiscyt Nowej Fantastyki, na najlepszy tekst literacki, utwór publicystyczny, ilustrację, itp... Przypominam, że w roku 2018 w Fantastyce Wydaniu Specjalnym 3/2018 ukazała się moja mikropowieść "Dziedzictwo". Może akurat komuś się spodobało? Tak czy inaczej zachęcam do głosowania (niekoniecznie na mnie;))

Noworoczne Pozdrowienia Dla Wszystkich!

AL

A oto link do plebiscytu